Mój pierwszy rejs


Fragmenty z pamiętnika...
Moja przygoda z żeglarstwem zaczęła się w połowie lat siedemdziesiątych, kiedy zapisałem się do Sekcji żeglarskiej AZS (Akademicki Związek Sportowy). AZS organizował wowczas kurs zeglarski, gdzie oprocz zajęć teoretycznych, mieliśmy zajęcia praktyczne na jachtach Omega. Pływanie, pracę na pokładzie i sterowanie jachtem ćwiczyliśmy na Odrze. Po ukończonym kursie zdałem egzamin na stopień żeglarza jachtowego. Mając książeczkę żeglarską wybrałem się na Mazury. Jachty wywozilismy z Wrocławia na Mazury dużym samochodem ciężarowym. Postoj naszych jachtow był w Giżycku nad jeziorem Niegocin, gdzie zmieniały się załogi co dwa tygodnie. Pływałem po jeziorze Niegocin, Kisajno, Dargin, Mamry i Święcajty. Na jeden z urlopow wybrałem się do Ostrody nad jeziorem Drwęckim. Brałem tam udział w kursie na sternika motorowodnego. W ramach zajęć pływaliśmy motorowkami po jeziorze Drwęckim. Po dwoch tygodniach ukończyłem kurs, ktory zakończył się egzaminem praktycznym ze sterowania motorowką, w czasie egzaminu trzeba było wykonywać rożne manewry między innymi poprawne podejście do kei i cumowanie motorowki.



Przystań na Mazurach w Ostródzie, gdzie szkoliłem się na sternika motorowodnego

Po zaliczeniu egzaminow otrzymałem patent sternika statkow motorowych z silnikami o mocy do 50 KM. Ostroda słynęła z produkcji jachtow morskich i środlądowych. Państwowa Fabryka Łodzi i Jachtow w Ostrodzie powstała w latach sześćdziesiątych. W roku 1998 PF. i J wyprodukowała 600 jednostek pływających. Jachty były eksportowane głownie do krajow zachodnich. Bedąc na kursie zwiedziliśmy tę fabrykę. Widzieliśmy jakie piękne jachty produkujemy, nie dziwię się że nasze jachty tak chętnie były kupowane przez państwa zachodnie. Budowa jachtow żaglowych i motorowek była prawdziwą żyłą złota. W 2005 r. obroty Fabryki Łodzi i Jachtow w Ostrodzie wyniosły ok. 120 milionow zł. Jednak już nie my zarabiamy na tym, gdyż w 2002 roku została sprzedana francuskiej społce Chantiers Jeanneau i cały kapitał z tej produkcji idzie za granicę. Obecnie zakład nazywa się Ostroda-Yacht. Pozbycie się "kury" ktora znosi złote jaja jest nadzwyczaj nierozsądne.



Jachty i kajaki produkcji Państwowej Fabryki Łodzi i Jachtów w Ostródzie wystawiane na Targach Poznańskich. Fotografia z lat siedemdziesiątych. Na drugim planie pawilon w którym Niemiecka Republika Demokratyczna wystawiała wyroby swojego przemysłu.
W lipcu 1987 roku, wybra.em si. z kolegami na rejs pełnomorski do Holandii. Moj aparat fotograficzny towarzyszył mi we wszystkich podrożach. Wypłynęliśmy naszym jachtem Doris II z portu w Gdyni w lipcu 1987 roku. Dowodził naszym jachtem kapitan Gołubiew.






Na fotografii mam założony pas z szelkami i liną zakończony karabińczykiem, ktorym zaczepialiśmy się do sztormrelingu w czasie silnych wiatrow i sztormow zabezpieczając się przed wypadnięciem za burtę. Kapitan Gołubiew opowiadał nam, że w jednym z rejsow w czasie dużego sztormu dziewczyna, ktora wyszła na pokład bez zabezpieczenia, chciała podać sternikowi gorącą herbatę, została zmyta z pokładu. Kapitan zarządził poszukiwanie, przez osiem godzin jacht krążył w miejscu gdzie wpadła do wody, jednak przy wysokiej fali i wzburzonym morzu nie odnaleziono jej i pozostała na zawsze w morzu. Cały ten rejs kosztował każdego z nas tylko 100 zł. Pieniądze te poszły na zakup prosiaka, ktorego Ewa przekazała znajomemu rzeźnikowi, aby zrobił z niego wyroby, szynki, kiełbasy, boczek wędzony i inne. Pierwszym portem do ktorego zawinęliśmy był niemiecki port w Holtenau, wszystkie te wyroby mięsne w słoneczny dzień wywiesiliśmy na sznurkach na pokładzie, aeby lepiej wyschły, gdyż rejs nasz był zaplanowany na miesiąc, i ten zapas żywności musiał nam starczyć na ca.y rejs. Jak zacumowals.my w porcie przyszedł celnik niemiecki i jak zobaczył tyle mięsa wywieszonego na pokładzie jachtu myślał, że wieziemy to na handel...












W czasie rejsu do IJmuiden, przeżylismy na morzu Północnym niezwykłą przygodę. Dzień był słoneczny, cała załoga składająca się z siedmiu osob w tym jednej dziewczyny i kapitana Gołubiewa była na pokładzie. Około godziny 14:00 kapitan przypomniał, że zbliża się pora obiadowa a "cook" zamiast gotować opala się na pokładzie. Wachtę kambuzową pelnił w tym dniu żeglarz Jozek. Po uslyszeniu słow kapitana, skierował się do kokpitu, gdzie znajdował się kambuz. Podszedł do zejścia i krzyknął: woda pod pokładem, jacht tonie! Kapitan zarządził alarm. Po dwie osoby wyznaczone do pomp ręcznych, na zmianę zaczęły wypompowywać wodę, ktora zdążyła juz zalać kambuz i dolne koje usytuowane w jachcie dwupietrowo przy burtach. Praca przy pompach byla męcząca, zwolnienie tempa pompowania, powodowało, że wody pod pokładem nie ubywało, gdyź ciągle napływała nowa. Trzeba bylo wypompować wodę aby zlokalizować miejsce jej napływania. Po kilkugodzinnym pompowaniu, udało sie nam wypompować większą część wody zalewającej kokpit, ujrzeliśmy wowczas w pobliżu silnika jachtowego unoszący się w gorę mały słup wody. Mechanik zlokalizował miejsce przecieku w rurze doprowadzajęcej wodę chłodzącą zaburtową do chłodnicy silnika i natychmiast zatkał palcem...
...Tymczasem zatkaliśmy otwor jakims naprędce wystruganym kołkiem drewnianym, zwalniając mechanika, ktory cały czas zatykał otwor własnym palcem. Mechanik szukał odpowiedniej śruby w skrzynkach bosmanskich, gdzie zawsze znajdowało się oprocz narzędzi wiele drobiazgow mogących się przydać na jachcie, lecz odpowiedniej śruby nie znalazł. Mieliśmy jednak trochę szczęścia, w pobliżu ujrzeliśmy rosyjski statek rybacki. Nasz kapitan nawiązał z nim łączność radiową, Rosjanie zgodzili się aby kilku członkow naszej załogi weszło na ich pokład. Dopłynęliśmy pod burtę statku i po zawieszonej drabinie sznurowej weszliśmy na pokład. Przedstawiono nam bosmana, ktory zaprosił nas do swojego magazynu, większego niz cały nasz jacht. Rosyjski bosman był dobrze zaopatrzony w części zamienne, znalazł odpowiednią nierdzewną śrubę. Przy okazji dał nam szpulkę juzingu do naprawiania żagli, rybacy naprawiali nim uszkodzone sieci. Juzing był nam niezmiernie potrzebny, gdyż poprzedniego dnia w czasie sztormowej pogody, wiatr rozerwał nam żagiel "grot" w taki sposob jakby go ktoś przeciął szablą. My za pomoc zrewanżowalismy się rosyjskim marynarzom, kostkami mydeł, gdyż jak nam powiedzieli kończył się im zapas. Rosjanie pozwolili nam zwiedzić statek. Był to ogromny statek rybacki przetwornia. Oglądaliśmy przestronne kajuty dla załogi, na koniec pokazali nam maszyny do produkcji konserw ze złowionych ryb. Wyglądał o to jak wielka fabryka.
Zapytałem oprowadzającego nas rosjanina czy to jest statek ich produkcji, odpowiedział że wyprodukowany u nich. W czasie zwiedzania zauważyłem metalową tabliczkę na ktorej widniał napis po rosyjsku "sdie.ano w Polsze" dalej wymieniona była nazwa polskiej stoczni w ktorej wykonano statek. Były to lata kiedy dla ZSRR produkowaliśmy duże ilości takich statkow. Po powrocie na jacht mechanik wyciął z gumy podkładkę uszczelniajacą i wkręcił z nia śrubę do otworu pechowej rury. Mogliśmy spokojnie usunąc resztki wody. Załoga mokre rzeczy porozwieszała na pokładzie w celu wysuszenia. Kontynuowaliśmy rejs do IJmuiden...

Stanisław Mularczyk



Powrót do poprzedniej strony

Powrót do strony głownej

Menu

O Półwyspie Helskim
Morze Bałtyckie
Perły naszej floty
Herby miast nadmorskich
Legendy
Alfabet Morse'a
O Trójmieście
O Kołobrzegu
Łeba i okolice
Latarnie morskie
Dla żeglarzy
Mierzeja Wiślana
Wybrzeże zachodnie
Ciekawostki
Człowiek Morza
Opowiadania
Kącik multimedialny
Pogoda
Banner