MYŚLI...


Lato minęło, oj jak mi ten czas szybko ucieka. Wiem, że powinienem pisać cos ciekawego i tu się zgadzam, może wspomnę jak to było pół wieku temu, może, chociaż to Cię zaciekawi.
Nieznany przyjacielu. PÓŁ WIEKU WCZEŚNIEJ, byłem młodym, myślałem, że starość dotyczy tylko innych a ja będę wiecznie młodym...
Jak by wprowadzić ciebie w tamte już zapomniane czasy?
Wyjście w morze rybackiego parowca to była wielka wyprawa. Gdy byłem młody czytałem o takich wyprawach. Pamiętam pp. CENTKIEWICZOWIE, czytałem ich wyprawy gdzieś hen na polarne wyprawy. Czytając ta książkę, byłem myślami, marzeniami również gdzieś hen na polarnych wyprawach. Tak też było później, gdy mój statek wychodził w morze na dalekie łowiska. Wyjście tego parowca już pachniało przygodą a ja lubiłem przygodę. Toteż gdy byłem już na statku i widziałem przygotowanie do tej wyprawy na dalekie łowiska przypominało to przeczytane książki. Statek stał przy nabrzeżu, do ładowni statku ładowano beczki puste, beczki ze solą, lód, wodę, węgiel, no i na koniec prowiant. Na statku pracowali robotnicy zwani dokerami, ci ludzie ładowali sprzęt połowowy, zabezpieczali załadowany ładunek, bo przecież na morzu statek może spotkać sztorm. Więc wszystko, co na statku musi być pochowane, przywiązane, krótko mówiąc tak zabezpieczone by sztormowa fala nie zmyła z pokładu.
Wychodzący statek z portu a zazwyczaj wychodził nocą, statek był przeładowany, tak że znak wolnej burty nie był widoczny, nikt się tym nie przejmował. Statek był tak niebezpiecznie zanurzony, że gdy stał w porcie to na pokładzie była woda na śródokręciu. wiedzieliśmy że po kilku dniach zostanie spalona ilość ton węgla i statek się podniesie. Na pokładzie zazwyczaj była jeszcze pryzma węgla, były beczki ze solą, był sprzęt połowowy. Statek szedł bardzo ciężko na fale a właściwie napotkana fala wchodziła na pokład statku i wyglądało tak, że za chwile statek zanurzy się w otchłani morza.
Wszystko dobrze szło dopóki statek nie napotkał sztorm na swoim kursie. Oczywiście że w porze jesienno zimowej jest to czas sztormowy i zazwyczaj statek napotyka na sztorm i walczy ten wspaniały parowiec z potężnym żywiołem. Trudno jest to opisać jak się czują ci, którzy są załogą tego parowca. Jedni są na wachcie, inni odpoczywają. Ale są i tacy którzy przeklinają chwilę, gdy ich noga stanęła na pokładzie tego parowca. Chcą wrócić do portu i uciekać z tego parowca. uciekać by już nigdy jego noga nie stanęła na pokładzie tego przeklętego statku. Com złego uczynił, że tu dziś na tym przeklętym parowcu muszę umierać? matko gdzie jesteś? ratuj mnie, umieram! Ludzie ratunku, woła taki, który chciał zobaczyć morze, zobaczyć oba oblicza morza i to, które widział na kartce i to, które wydawało się, że nie ma takiego morza, które by go chciało zabić!.
I co ty marna istoto? Chciałeś być rybakiem?

Więc pokaz ze jesteś mężczyzną i chcesz pokazać że będziesz rybakiem morskim. to walcz o swoje życie, oddaj królowi morza to co jeszcze pozostało w twoim ciele. Oddaj to bogowi morza a morze cię przyjmie, albo wybieraj swoją słabość i umieraj gdzieś zarzygany w koji albo gdzieś schowany za kominem statku przywiązany niczym prosiak do jakieś części statku a bacz, że i tu morze cię sięgnie. Zazwyczaj nikt się nie przejmuje widokiem umierającego, bo każdy musi przejść ten nie widzialny próg z lądu na morze. Nikt nie ma dla ciebie litości, raczej ktoś poda tobie, jakaś litościwa dłoń niczym całus śmierci - poda tobie kawał kiełbasy, słoniny a może pachnącej jajecznicy byś miał, czym prowadzić dialog z bogiem morza. Wiem, że gdy otworzysz swoje już umierające, ślepia a może jeszcze poczujesz zapach z kuchni będzie to twoje ostatnie spojrzenia na otaczający świat. Tylko jeszcze na chwile zobaczysz morze, które cię woła byś zeszedł w jego otchłań. Masz, co wybierać a wybór należy do ciebie, życie czy walka z morzem!

2 Niedziela.

Tak, jest niedziela, trochę napisałem - zakończenie tego, co się stało z no powiedzmy bohaterem, który gdzieś pod kominem statku oddawał ducha. Ale powróćmy do tamtych czasów, tak, statek dopłynął na łowisko Morza Północnego. Pogoda się trochę poprawiła i można zacząć połowy. Po wydaniu sieci, załoga przygotowała pokład by złowioną rybę załadować do beczek a później te beczki napełnione rybą włożyć do ładowni statku. W trakcie pracy na pokładzie statku ktoś ze załogi przypomniał, że za kominem statku leży a może go fala zmyła? Należy się zaopiekować tym młodym, przyszłym rybakiem. Po chwili przyniesiono młodego człowieka na pokład, ale jeszcze dającego oznaki życia, Załoga się zastanawia czy ten człowiek będzie jeszcze żył, może lepiej skrócić mu tę męczarnie wiec od słowa do słowa załoga zadecydowała że i tak z niego nie będzie pożytku, więc niech te zwłoki pójdą do Neptuna. Bosman zalecił rybakowi by zrobić pomiary zwłok no jeszcze ciepłe, ale pomiary są potrzebne do zrobienia trumny, młody adept leży na pokładzie, zalewany falą, Ten leżący na pokładzie nie reaguje na nic. On chce umrzeć, załoga odwraca go twarzą do pokładu, która jest zanurzona we wodzie morskiej, na chwile delikwent podnosi twarz wypluwa wodę morską, Ktoś ze załogi mówi - A wieta chłopy, mnie się widzi, że łon chiba jeszcze ździebko mo życia, bo widzi ta, że mu woda morska nie smakuje, wypluwaci bestia jeden, a pewnie w życiorysie pisał, że tak kocha ci to morze, że nawet marzy mu się, że pije wodę morską. Co też wygadujesz Leon, to są ostatnie jego podrygi, no wiesz jak obcinasz łeb rybie to łona też jeszcze podskoczy, no nie?
Chłopy szybciej się uwijać z tym nieboszczykiem,Przynagla bosman - bo jak stary każe wybierać sidła to tak nijako, wita, trup na pokładzie a i ryba. A ty Janek skocz ino do maszyny i niech kowale dają ruszto by przywiązać mu do nóg by nie pływał na fali, bo nie dość że za życia fala go zamordowała to niech biedak po śmierci ma spokój od fali. Delikwent tak jak by dochodził do świadomości i co chwile odwraca twarz zanurzoną we wodzie, nawet zaczyna coś bełkotać,, prosić o nie wiązanie go do desek, która ma być trumną jego.
Ale załoga nie zwraca uwagi, już ktoś wciąga mu na nogi duży worek, ktoś go odwraca twarzą do góry. Strasznie wygląda, jest brudny, bo przecież leżał po kominem statku. Twarz wykrzywiona grymasem, wybrudzona pewnie, gdy prowadził dialog z Neptunem to i co mu tak smakowało tam na lądzie dzisiaj ma wybrudzoną twarz a i ubranie jest w strasznym stanie. Zostaje ułożony na desce dwie deski są bo jego bokach a i czwartą deskie kładą mu na brzuch, już ktoś sprawnie przywiąże deski do jego ciała. Trochę to nie wygląda na trumnę, ale przecież to nie jest statek pasażerski, lecz mały parowiec rybacki i tu nie ma miejsca na jakieś trumny, więc załoga jak umie tak szykuje sie do pogrzebu. Delikwent już zaczyna krzyczeć, że przecież on żyje i dlaczego mają go wyrzucać za burtę, Ratunku! woła, pomocy ja nie chcę umierać, ludzie litości, błagam, ratunku.
Ale przecież jesteś na rybackim trawlerze i nikt tu się nad tobą nie będzie się litował. Już mu ktoś litościwy przywiązuje potężne ruszto z kotła okrętowego, co prawda nie jest ono nowe, ale jest na tyle ciężkie by pociągnąć na dno morza zwłoki delikwenta. Ktoś ze załogi mówi, że już jest gotowy do pogrzebu, jeno niech ktoś idzie na mostek i pociągnie sznurek od syreny, bo tak każe prawo morski.
Kilka chłopów podnosi trumnę ze zwłokami, już się zbliżają do nadburcia statku by zsunąć za burtę statku zwłoki. Nie doszły nieboszczyk strasznie krzyczy, lecz na jego wołanie nikt nie zwraca uwagi wyrywa się z tych lin sznurków i desek, spada ruszto na pokład ktoś mówi, że będzie nieszczęście, bo jak ruszto odpada od trumny to będzie więcej pogrzebów. W trakcie szamotania się młodego a jeszcze nie nieboszczyka, trumna spada na pokład, nieboszczyk krzyczy histerycznie, młody człowiek wyrywa się, wyrywa z lin, desek trumny i staje na pokładzie. Chce uciekać, ale nie wie gdzie ma uciekać, jest strasznie wystraszony, coś do kogoś mówi, ale już załoga go chce ponownie ułożyć na deskach, bo przecież pogrzeb musi się odbyć. Młody człowiek ucieka po pokładzie, ale gdzie uciec? Na szczęście na mostku kapitańskim otwiera się okno i ktoś woła do przyszłego nieboszczyka.
Uciekaj! Tu na mostek chłopie! Delikwent ucieka na mostek i tam zostaje uratowany przez oficera politycznego. Długo jeszcze bał się ten młody człowiek załogi pokładowej a i nie sypiał w koi, lecz tam pod kominem statku tak mu doradził jakiś dobry człowiek, przecież zawsze się znajdzie jeden dobry człowiek nawet na starym rybackim parowcu.

CZAS

Minęło pół wieku a myślach moich kołaczą się wspomnienia tamtych wspaniałych lat, pięknych lat. No pewnie człowiek był młody to i świat był piękniejszy, ale mogę powiedzieć, że ja, pól wieku temu żyłem w świecie romantyzm, mówię romantyzm i mam na myśli życie na morzu, życie na tych wspaniałych, co prawda starych statkach parowych. Gdy dzisiaj sięgam pamięcią tamtych lat wydaje mi się, że ci ludzie, z którymi pracowałem to byli inni ludzie. Umieli się śmiać, pracować a i kiedy była ku temu okazja to zabawić się tak żebyś pamiętał a i żeby inni o tobie pamiętali jak na tej imprezie bawiłeś się.
Kiedyś, gdy sztorm nastał wielki a był wielki skoro armatorzy nakazywaliby flota rybacka chowała się do portów. Gdzie był najbliższy port statek wchodził do portu a musze wspomnieć, że władze portowe robili wszystko by statki rybackie znalazły w ich portach schronienie? Nasz statek poławiał na łowiskach Kanału La Manche, to też najbliżej mięliśmy wejście do portu niemieckiego.
A trzeba powiedzieć, że gdy sztorm pokazywał się na Kanale a jeszcze przy zachodnim wietrze to Kanał potrafił pokazać, co potrafi i nie jeden statek szedł na dno niczym stara kotwica a bywało, że potężny sztorm osadzał statki na mieliznach. Pamiętam to pewnie było w 1961 roku i zimą wychodziliśmy w morze, na małym parowcu o niebiańskiej nazwie MAŁY WÓZ.
Och był to bardzo dzielny statek, wspominam chętnie ten statek, ponieważ na nim popłynąłem już jako drugi mechanik. Po wyjściu z portu Gdynia, statek nie szedł cała naprzód, lecz wolno, sztormował na wiatr, Po dwóch dobach doszliśmy do Kanału Kolońskiego. Oczywiście bez pilota, bo już była tak duża fala, że władze portowe nie chcieli ryzykować życiem załogi kutra pilotowego. Przez radio podano nam gdzie mamy zacumować i po męczących dwóch dobach stanęliśmy na spokojnej wodzie basenu portowego. Był to okres przed świąteczny to i ruchu nie było w kanale, nawet władze portowe nie przyszli sprawdzić dokumenty statku, statki te były znane na kanale i dopiero na drugi dzień ktoś z władz portowych przyszedł na statek. Odradzano nam dalszej podróży, przecież i święta, wigilia a gdzie wy się pchacie na łowisko? Ale przecież statek nie był nasza własnością i nie nam było decydować czy stać w porcie czy płynąc na łowiska i łowić ryby. Chociaż sami wiedzieliśmy, że tam na łowisku będziemy tylko sztormować. Musze wspomnieć, że w tamtym okresie była tak zwana planowa gospodarka, było zaplanowane już z góry tam gdzieś przez jakiś socjalistycznych specjalistów, którzy nie wiedzieli, na czym polega połów ryb na morzu. A żeby było jeszcze bardzie socjalistycznie, co równało się wielkiej głupocie, to statek miał właściwie dwie szanse na wykonanie planu. Plan ten zazwyczaj był zagrożony, nie było tych 100 % wykonania planu, mam na myśli że statek nie złowił tyle ile tam w tejże Warszawie, jakiś dupek socjalistyczny wymyślił, wiec by statek jednak wykonywał inne plany. Innym planem było ilości dni połowowych i stąd nam kazano wyjść w morze, tu już nie chodziło o złowienie ryb ale żeby statek wykonał plan dni na łowisku. Statek na tym łowisku spalał węgiel, załoga po takim rejsie była wykończona, ale ważne było, że statek wykonał plan. Kapitan jednak tłumaczył komuś tam z portu, że my, nasz statek musi wyjść na łowisko, po kilku godzinach przyszedł pilot[osoba, która kieruje statkiem w czasie przejścia kanałem] Tłumaczył, że przeprowadzi statek przez kanał, ale z kanału musimy sami żeglować.
Tak też się stało, kanał był pusty, więc podróż szybko minęła i w śluzie pilot nas pożegnał, odradzając opuszczenie śluzy. W końcu otwarto nam śluzę i nasz dzielny okręt ruszyłby walczyć już nie ze sztormem, lecz huraganem. Statek walczył z wielką falą, kapitan domagał się by maszyna dostawała więcej pary, ponieważ statek idzie kursem, ale widać, że dryfujemy w stronę lądu.
Musze dodać, powiedzieć, że po wyjściu ze śluzy statek szedł pod wiatr, pod fale i pod prąd, jaki panuje na morzu. Statek był bardzo zagrożony, powrotu do śluzy nie było mowy, bo Kanał Kiloński został zamknięty dla żeglugi. Nie tylko kapitan bał się o statek my wszyscy się baliśmy i wiedzieliśmy, że gdy statek zostanie rzucony na mieliznę będzie to dla nieszczęściem. Po wachcie wyszedłem awaryjnym wyjściem na nadbudówkę maszynowni, kotłowni chowając się za mostkiem kapitańskim spoglądałem na piekło wokoło statku.
Zobaczyłem sowiecki duży statek handlowy, który leżał na burcie a huraganowa fala tak jak by chciała dobić konający statek, uderzała w niego potężną siłą. Statek tłuk się o dno morza, załoga nie mogła oczekiwać pomocy z lądu, bo żaden holownik nie miał szans podejścia do mordowanego szaleńczą, huraganową falą statku. Co czuła załoga, tego statku trudno sobie wyobrazić, jedno było pewne, że statek przewrócony na burtę i mordowany przez huragan nie zatonie całkowicie, więc załoga ma, szanse że kiedy minie huragan nadejdzie pomoc? Patrzałem na piekielnie zburzone morze i też myślałem, że gdy statek zostanie rzucony na mieliznę będziemy oczekiwać pomocy dopiero po uspokojeniu się tego piekielnego tańca, Patrzałem na to co było morzem, bo w chwili, gdy stałem schowany za mostkiem i mając jako osłonę komin okrętowy podziwiałem straszny świat i walkę Dawida z Goliatem.

DALEJ

Ja wspominam o walce Dawida z Goliatem, mając na myśli małą stalowa skorupę kadłuba i wielki żywioł jakim jest morze. Stałem za mostkiem kapitański, który mnie chronił od strony dziobu zalewająca fala a komin osłaniał mnie, gdy jakaś zbłąkana fala uderzała z boku statku. Obejmowałem zejściówkę. Która prowadziła na mostek pelengowy a druga ręką trzymałem się sztagu kominowego [ liny, które utrzymują komin statku], czapkę wsadziłem za pazuchę i nadal podziwiałem drugie oblicze morza?
Drugie oblicze morza, które pokazuje jak pragnie wszystko zniszczyć, co jest na jego, powierzchni. To drugie oblicze morza jest tak straszne, że staje się piękne. Morze pokazuje się w całym swoim ja, toteż zauroczony pięknem żywiołu nie zwracałem na to, że jestem mokry i że w ustach czuje smak wody morskiej patrzałem by móc kiedyś komuś bliskiemu opowiedzieć. Nasz statek nadal sztormował, chociaż wydawało mi się, że nie zbliżamy się do niebezpiecznego, nie widocznego brzegu, widoczność nie była zbyt wielka toteż już nie widoczny był tonący statek. A tam gdzie się wydało że jest brzeg morza widziało się potężne grzywacze. Zresztą cała powierzchnia morza była pokryta grzywaczami a kolor morza był niespotykany, bo jego kolor nie był błękitny, szary, fioletowy. Morze miało kolor brudnawo brązowe, toteż i grzywacze mieli jakiś kolor nie spotykany.
Statek walczył z falą, falą a właściwie z jakąś kipielą, ze wszystkich stron statek był zalewany falami a wszystko dlatego że fala była bardzo wielka, lecz płycizna nie pozwalała na to by fala szła z wiatrem, lecz fale po prostu załamywali się na płyciźnie morza tworząc potężne Grzywacze.
Dziś trudno mi jest opowiedzieć to piękno morza, powiem może, że nawet nie potrafię opowiedzieć tego co czułem, gdy stałem tam schowany za mostkiem kapitańskim statku.
Czy się bałem? Na pewno myślami byłem hen gdzieś przy rodzinie i myślałem jak to będzie, pięknie, gdy szczęśliwie uda nam się powrócić do domu.
Przemoczony zmarznięty powróciłem na rufę statku tam gdzie znajdowała się mesa statku. Mesie siedziała cała załoga pokładowa, jedni przeklinali pogodę, inni przysięgali że gdy szczęśliwie da Bóg, że wrócą do domu to już ich noga na tym statku nie stanie. Można powiedzieć że atmosfera była przygnębiająca, ludzie patrzeli na drzwi, gdy jakaś fala przechylała statek na którąś z burty, patrzyli na drzwi wierząc, że gdy statek przewróci się na burtę to ostatnia nadzieją ich, nas, będą te drzwi prowadzące na pokład. Pozornie wydawało się, że te drzwi są naszą a ucieczką, naszą nadzieją, naszym ocaleniem a przecież te nasze zbawcze drzwi, na które każdy z nas spoglądał, gdy statek się kładł na burtę miały wyjście tylko na prawą burtę. Siedząc w mesie również spoglądałem na drzwi i myślałem, że co się stanie, gdy ten nasz wspaniały, co prawda stary parowiec zostanie przewrócony przez jedną z potężnych fal na prawą burtę? Przecież tę drzwi prowadzą tylko na prawą burtę, może będziemy szybciej w tej piekielnej kipieli, jakim jest dzisiaj Morze Północne. Głosy w mesie a przecież jest nas kilkanaście osób, pewnie tak jak ja są i oni myślami przy swoich bliskich, zjadłem skromny posiłek i zeszedłem na dół do swojej skromnej kabiny. Właściwie to musze się córkę zapytać czy sobie przypomina trochę ten statek stary.
Następnego dnia byliśmy trochę dalej od niebezpiecznych niemieckich brzegów a i fala, co prawda wielka, ale już nie tak zdradliwa jak na płyciznach, Po kilku dniach pogoda się poprawiła życie na starym parowcu wróciło do normy i już nikt właściwie nie myślał o minionym sztormie. Dziś są moim najpiękniejszymi wspomnieniami, które dobry Bóg zsyła mi je w moich snach, czas zakończyć te małe nie zapomniane chwile w moim życiu?

ZDJĘCIA

Oglądam te wspaniałe zdjęcia z rana a i wieczorem, myśląc, że Bóg zeszli mi sen który przypomni moje młode lata a to dlatego że gdy oglądając te zdjęcia wydaje mi się ze moja dusza, o ile mam jeszcze dusze, to wydaje mi że jestem tam na którymś z tych starych rybackich parowców. Widzę na tych zdjęciach wspaniałe rybackie parowce, może ten kto robił te zdjęcia nie myślał, że robi zdjęcia historyczne.można śmiało powiedzieć, ze jest to kawał historii skoro, bo skoro minęło prawie sto lat. Oglądając fotografie, zatrzymuje na chwile by więcej zobaczyć, by wejść w swoich myślach na ten statek pokazany, dlatego chciałbym opowiedzieć parę słów o każdym zdjęciu. Mogę powiedzieć, że patrząc na te statki mogę śmiało powiedzieć, że były to statki o wielkiej dawce romantyzmu, o ile ciężka praca może być romantyczna.
Musze tu powiedzieć że praca na tych starych parowcach rybackich była bardzo ciężka. Bywało i tak, że człowiek, palacz wychodząc z kotłowni czuł że nogi, jego, całe ciało to kupa ołowiu a ileż to ja potu wylałem, pewnie można byłoby napełnić dużą wannę kąpielową. Ale ja nie miałem prawa do narzekania, do przeklinania tej chwili, gdy moja noga stanęła na pokładzie tego parowca, przecież to były moje spełnione marzenia, już nie wspomnę jak się upokarzałem by moja noga stanęła na pokładzie takiego statku. Toteż gdy ujrzałem te stare, co prawda nie zbyt piękne parowce rybackie, to też poczułem się tak że myślałem, że za chwile wezmę swój potężny worek marynarski, który jeszcze gdzieś dzisiaj leży sobie w piwnicy, pożegnam bliskich i pójdę na nadbrzeże gdzie oczekuje mnie stary, ale wyśniony rybacki parowiec. Widzę na zdjęciu, ktoś narysował taki parowiec, rysunek jest bardzo skromny, ale treść tego rysunku, wydaje mi się, że jest to parowiec by nie powiedzieć statek pasażerski, jest to parowiec przystosowany do przewozu ludzi. A tenże statek pływał w latach 1863 r. Był parowcem, ale nie w pełni parowcem, statek ten ma dwa maszty, ma ożaglowanie rejowe i gaflowe a więc był to statek parowo-żaglowy, dla mnie jest pięknym statkiem. Jest jeszcze inny rysunek a ten kto rysował podał nazwę tego statku GALEDONIA, to dobrze, że ten, kto rysował podał nazwę statku. Jest to statek z lat 1853r. Jest statkiem, którego napęd maszyny parowej jest pomocnikiem napędu, to żagle są głównym pędnikiem. Ja sobie pozwoliłem w przybliżeniu zrobić jego pomiar, który razem z bukszprytem, z drzewcem, który wystaje na dziobie statku to ten statek był bardzo skromny by nie powiedzieć, że jest to mały stateczek, jego długość wynosiła około 60 metrów.
No spoglądamy na inne zdjęcie, wspaniały parowiec, dodam ze smutkiem, że nie jest to rybacki trawler, ale już parowiec transportowy. Dopatrzyłem się w tym zdjęciu, że statek ten istniał w latach 1918 - 1919r. A nazwa tego statku o ile się nie pomyliłem, bo przecież to, co widzę może być oglądane przez kogoś i ten ktoś może zaprzeczyć to co ja tu pisze.
Nazwa te wspaniałego parowca to s/s WALTER ADAMS. Jest to wspaniały statek, należy zwrócić uwagę na jego opływowy kadłub i co jest tu niespodzianką? To, że kadłub jego jest zbudowany z drewna. Jest on już śrubowcem, bo może i trochę szkoda, że nie ma zdjęcia jakiegoś boczno kołowca, no, ale nie bądź stary człowieku zachłanny. Wracamy do tematu, ten statek ma już usytuowaną maszynownie na śródokręciu, piękny komin, nawiewniki, widać, że jest to statek zbudowany na tamte lata statkiem nowoczesnym. Pozostawiono grot-maszt, może przez sentyment, bo i z tym należało się w tamtych czasach liczyć, ale pozostał na pewno dla potrzeb nawigacji statku. Ciekawostką jest jego mostek kapitański albo mostek dowodzenia, który do dzisiejszych czasów się zachował.
Charakterystyczną architekturą dzisiejszych amerykańskich statków pomocniczych, takich jak holowniki, tenże statek, parowiec ma w części dziobowej już bulaje. A jaka było dla mnie niespodzianką, gdy na innym zdjęciu zobaczyłem tego parowca po adaptacji, przystosowania tego parowca do potrzeb I- wojny światowej. Oczywiście parowiec ten został trochę, opancerzony, ale na szczęście nie zmieniono mu nazwy i stąd wiem, jaki był jego los. Dodam tylko jeszcze, że parowiec ten już miał, co prawda tylko jedną kotwice, ale była to kotwica patentowa.
Gdy tak patrzę na ten parowiec po jego adaptacji na potrzeby wojny ciekawi mnie jego los. Ale gdzie tu szukać? Nie mniej myślami wchodzę na jego pokład, schodzę do maszynowni podziwiam piękną maszynę parową, która lśni, ozdobiona manometrami, termometrami, które są tak piękne jak stare złoto. Jest tam dużo pięknej miedzi, panuje cisza i tylko obracający się agregat parowy wydaje cichy przyjemny głos świerszcza, przechodzę do kotłowni, patrzę na kotły, w których buzuje ogień, wychodzę na pokład, który jest z pięknego drewna, żywego drewna a nie jakiejś stali wiecznie rdzewiejącej, Zaglądam do pomieszczeń załogi, i tu jest kubryk dla załogi, ale wydaje mi się, że każdy ma tu swoją koje, na której po ciężkiej pracy odpoczywa. Czy odczuliście ten mały spacer po parowcu? A czy się spodobał?

Mogę jeszcze wam zwrócić uwagę to na zapach statku, mam na myśli charakterystyczne zapachy takie jak na żaglowcach, w maszynowni gdzie jest parowa maszynownia, w magazynka bosmańskich, ale i o tym kiedyś porozmawiamy. Patrzę na inne zdjęcie, piękne zdjęcie pokazujące w pewnym sensie tragedie, zdjęcie pokazuje nam ujarzmiony statek w lodach, znowu wspomnę Titanic a przecież ten wspaniały statek, kolos, o którym się mówiło, oczywiście po cichu, że nawet Bóg nie jest w stanie stanąć na drodze temu kolosowi.
I co się dzieje? Kolos, Titanic ociera się o górę lodową, było to tylko otarcie się o górę lodową. No a koniec tego potężnego statku wszyscy znamy. Tu na zdjęciu widać jest mały parowiec dwu pokładowy, pasażerski a może jest to tylko statek pocztowy. Można zauważyć, że ten parowiec uwięziony w lodach, posługuje się jeszcze żaglami, widzimy, że żagle są tylko sklarowane. Patrząc na ten statek, że jest on lekko przechylony, przecież trwa walka małego parowca z potężnym żywiołem, morzem, lodami, chłodem, przecież my widzimy, że ten lód nie jest to jednolita skorupa, lecz jest to pole lodowe. Takie pola lodowe są nie bezpieczne dla żeglugi, ponieważ wśród tych potężnych zwałów lodowych kryć się może jakaś a bardzo niebezpieczna góra, która jest mało widoczna. A jak ja odczuwałem, gdy byliśmy na dalekich łowiskach gdzieś daleko poza Islandią? Dopóki spotykaliśmy krę lodową to nikt z nas sobie nie zdawał sprawy zagrożenia lodowego. Aż któregoś dnia a było pod wieczór statek nagle uderzył pełną swoja siłą o lody, mowie lody, bo nie była to góra lodowa, lecz taki nasyp by nie powiedzieć hałda lodowa. Uderzenie było tak strasznie, że cała załoga wyskoczyła na pokład i nie wiedzieliśmy, co robić, ta hałda lodu była wysoka, sięgająca kilku metrów wysokości, lód swym kształtem przypominał raczej kamienie wielkości pięści. Zanim załoga zorientowała się w sytuacji, w jakiej znalazł się statek, lodowa hałda obróciła lekko statek w lewo a z hałdy lodowej zaczął się sypać niczym gruz lód. Stałem na pokładzie i stał obok mnie bosman i we dwoje powoli zaczęliśmy uruchamiać już zasypaną lodem windę. Bo musze wspomnieć, że statek w chwili spotkania się no nazywajmy ten lód, hałdą lodową, statek szedł pod trałem, to znaczy, że ciągnął za sobą sieć na kilkuset metrowych linach. Spoglądałem na zasypujący pokład lodem, statek zaczynał się przechylać na prawą burtę, hałda lodu otaczała powoli statek, już lód zaczął napierać, na szalupę ratunkową, która była zawieszona na szlupbelkach na wysokości około trzech metrów. Patrzałem, właściwie to cała załoga cofała się ku lewej burty, ale i tu już był lód. Który zasypuje pokład.
Kapitan, wiedział, zresztą był mądrym człowiekiem i znał, co to jest pole lodowe, lecz nie mógł nic zrobić, nie mógł wykonać żadnego manewru statkiem, Ponieważ sieć była za burtą i nie wiedział gdzie się znajduje ta sieć, bo mogła znajdować się pod kadłubem statku a to groziło nawinięciem się sieci na śrubę napędową statku. Statek był ujarzmiony, nie mógł wykonać żadnego manewru a z hałdy lodowej sypał się lód niczym z dziurawego worka, statek przechylił się niebezpiecznie, jedno, co mogliśmy robić w maszynowni to przepompować paliwo z prawej burty na lewą burtę, ale i to nie wiele dało, statek już dalej się nie przechylał. Ktoś z mostku woła, by łopatami wysypywać lód z pokładu, przecież to była kropla wody, pierwszy oficer wpadł na pomysł by maszynownia podawała wodę pompami i spłukiwać lód z pokładu i tu się sytuacja stała się groźna, woda z hydrantów zamiast spłukiwać lód z pokładu a przecież wiemy, że panował mroź i woda zamiast spłukiwać lód powodowała, że woda zamarzała i lód nie schodził z pokładu.
Mnie na myśl przyszła tragedia Titanica, co tam się działo, gdy lód zaczął się sypać na pokład, ano pasażerowie zabawiali się rzucając śnieżkami. Nasz statek jak wspominam był uwięziony w lodach, pola lodowe mają to do siebie, że te pola lodowe dryfują, to też nasz statek wraz z lodami dryfował powoli i przyszła chwila, że statek odszedł o tej strasznej hałdy lodowej, była nadzieja, że zobaczymy gdzie są liny naszej sieci, z pokładu zaczęto usuwanie lodu, nastała noc, statek pięknie wyglądał, wszystkie światła na pokładzie włączono, licząc, że może jakiś statek nas zauważy. Statek oświetlony światłami przypominał złocisty kokon. Kapitan, doświadczony kapitan zalecił sprzątanie pokładu z lodu, wyrównać przechył statku i czekać do rana a gdy nadejdzie dzień zobaczymy, co będzie można dalej robić. Nie chciałem poruszać tego tematu, bo jak widzicie zapominam o temacie, który nas interesuje, o tym małym parowcu, który jest widoczny na zdjęciu, o tym statku a nie o tym, co ja przeżywałem w swojej młodości. Patrzę na otoczony lodami statek, spoglądam na jego maszty i tu musze wspomnieć, że widzimy żagle, które są sklarowane na forsztaku, na boomie i tu warto powiedzieć trochę o tych żaglach. Otóż na takich statkach, jakie widzimy na zdjęciach, żagle tych statków nie lśniły bielą jak to się widzi na pocztówkach, gdy widzimy jakiś żaglowiec płynący pod żaglami. Na tym statku kolor żagli był zazwyczaj w kolorze ciemnym, czerwono ceglasty, szaro zielony a skąd takie kolory? Ano czas je stworzył pewnie, gdy te żagle były nowe miały piękny czerwony, zielony kolor, ale czas, wiatr, morze zmienili kolor tych żagli. Dlaczego nie dawano na tych statkach piękne białe żagle? Przecież był to statek w pewnym sensie pasażerski, należałoby upiększyć ten statek, nie dawano białych żagli dla bezpieczeństwa tego statku, popatrzmy czy byłyby widoczne białe żagle na tym statku? No nie będę się tu tłumaczył. Piękne by nie powiedzieć, że wspaniałe zdjęcie pokazujące groźbę lodową, zagrożenie i dla statku i dla tych, którzy na nim podróżują.
Moje, ale, tak mam takie, ale, być chociażby w śnie być tam, na statku w okowach lodu, poczuć ten przenikający chłód przez odzież, ten mróz tam panujący te cieniutkie prawie nie widoczne szpilki mrozu.

ZDJĘCIA 2

Właściwie,to musze dodać do poprzedniej strony parę słów, bo mówiąc o chłodzie panującym, tam, gdzieś koło Islandii, panujące zimno było przenikające a jakie ma się odczucie takiego zimna? Gdy stawałem na pokładzie jak to się mówiłoby się trochę dotlenić. Wychodząc na pokład ubierałem się w tak zwaną kufajkę, no może nie wiedzą, co to jest kufajka, była to odzież, która przyszła ze wschodu, była to taka kurtka może ktoś wam to wytłumaczy. Stojąc na pokładzie człowiek miał przymknięte powieki a no, dlatego że to zimno tak przenikało, że człowiek czuł ból w oczach, były to tak cieniutkie igiełki mrozu, były prawie nie widocznie a jednak takie szpileczki przenikali poprzez tą grubą kurtkę i człowiek odczuwał takie małe ukłucie, było ono tak krótkie, że człowiek nie wiedział, że jest ukłuty mroźną szpilką. Bywało tak zimno, że ci rybacy pracując na pokładzie przy rybie, to ich ręce polewano wodą zaburtową, ta woda zaburtowa wydawała się ciepła. Musze przyznać, że ci rybacy pracując na pokładzie odczuwali, co to jest chłód Islandii. To może taka mała uwaga o chłodzie na dalekiej, północy.
Może jeszcze parę słów na temat tych pasażerskich parowców, które oglądamy w tym wspaniałym albumie, widać jest parowiec a na jego pokładzie pasażerowie już są na pokładzie i spoglądają w stronę zbliżającego się lądu, celu podróży. Ten statek to dwu pokładowiec, pomalowany na biało, jego wysokie maszty już nie mają płótniska, żagli, te maszty są już przystosowane do celów nawigacji, widzimy na przednim maszcie, powiewa bandera państwa, do którego tenże parowiec płynie, na tym maszcie widzimy dużą ilość flag kodu flagowego, poprzez te małe flagi, bardzo kolorowe kapitan statku powiadamia swoje zamiary, jakie będzie wykonywał. Powiadamia służby lądowe, że na jego statku pasażerowie i załoga jest zdrowa, że będzie potrzebował Pilota, który będzie wprowadzał statek, no powiedzmy w górę rzeki. Na drugim maszcie tego parowca widzimy powiewająca flagę państwa, do którego należy ten wspaniały parowiec. A całe to zdjęcie jest upiększone wydobywaniem się z komina statku potężnego dymu, powiedziałbym, że ten dym dodaje uroku całemu widokowi, morzu, widoczni pasażerowie, niebo a wszystko upiększone żywym dymem statku. Wspomnę, że początkowo, gdy pierwsze parowce posiadali ożaglowanie, to ci kapitanowie szału dostawali, gdy widzieli jak wydobywający się dym z komina statku osiada na bieli płótnisk żagli. Nie chęć kapitanów do parowców długo trwała, nie mogli się pogodzić, że gdzieś tam pod pokładem jest sobie maszyna parowa i to ona jest panem a nie wiatr, późniejszym czasie, gdy era parowców minęła a nastały motorowce a sterowanie głównym silnikiem można było sterować z mostku oj nie jeden kapitan przed wejściem do portu prosił by to, oni tam na dole mechanicy manewrowali silnikiem statku. No nie zawsze mechanik zgadzał się by manewrować a to, by pokazać jego wyższość nad kapitanem. Bywały różne, zabawne chwile, ale może o tym powiem sobie później. Właściwie to musze powrócić to tych swoich rybackich parowców, kominowców, statków jak wcześniej powiedziałem, statków romantycznych. Przecież starczy popatrzeć na te zdjęcia na kadłub takiego parowca. Ja patrząc na ten parowiec widzę zmęczenie tego kadłuba statku, popatrzmy na nie, wydaje się, że są stare i gdy ja na te statki patrzę przypominają mi człowieka, starego człowieka zmęczonego swoją ciężką pracą a ja wyjeżdżam z romantyzmem. Może, dlatego w tych starych statkach tyle widzę, bo przypominają moją młodość, gdy pracowałem na tych statkach nie odczuwałem zmęczenia a gdy schodziłem ze statku na ląd zapominałem, że tam na morzu bywało i tak, że ledwo nogami ruszałem wychodząc z kotłowni statku, rybackiego parowca. Ląd kazał zapomnieć o pracy na statku, ale nie na długo, starczyło, że na tym lądzie coś ci się nie ułożyło w życiu wracałeś szybko na Swój statek i czekałeś, kiedy ten twój stary, zmęczony parowiec rybacki powróci na łowiska Morza. Będzie ciężka praca, śmiech z czyjegoś nieszczęścia, będziesz wylewał pot.
Patrząc na zdjęcia pokazujące stare rybackie parowce, mogę powiedzieć, że były te statki budowane na przełomie XIX i XX. Wieku. Pierwotnie te parowce były lugrami, to znaczy, że statki poławiali rybę zastawiając sieci niczym bardzo długie firanki o długości no nie chce tu przesadzać, ale takie sieci miały i długość kilkuset metrów. Na pierwszych parowcach pokład roboczy sięgał od samej dziobnicy po rufę statku, na pokładzie widzimy potężną windę, którą wyciągano sieci. Warunki na takich statkach, przypominali trochę galery a ludzi na nich pracujących galerników, może i trochę przesadzam mówiąc o warunkach, w jakich pracowali ci ludzie na pokładzie. A co mam powiedzieć o tych, którzy tam na dole, na dnie tej skorupy kadłuba statku, wiecznie brudni, przemoczeni własnym potem, zaślepiani, gdy otwierało się palenisko kotła i gdy na kotłownie buchało gorące powietrze płomieni ognia i ta chwila tylko oświetlała cieluśc, bo tak mogę nazwać kotłownie na tamtych parowcach. Nie było wentylatorów, powietrze do kotłowni dochodziło nawiewnikami, tymi widocznymi na zdjęciach przypominające potężne fajki stojące przy kominie statku a co się działo, gdy nie było wiatru? Palacz mieszał gracą, ślojzą w paleniskach kotła by pobudzić ogień do życia chciałoby się powiedzieć. To też nie jeden z nas, gdy schodził na dół, do piekiełka, kotłowni w myślach prosił Boga by zesłał sztorm, by ten sztorm ostudził kotłownie by można było brać do ręki narzędzia by nie poparzyć dłoni. A gdy dobry Bóg wysłuchał skazańców, palaczy i zesłał wiatr to znowu ci galernicy pracujących na pokładzie prosili Boga by to piekielne morze uspokoiło się, by można było odpocząć, wysuszyć odzież, już nie wspomnę o bieliźnie, którą się osuszało własnym ciałem w czasie snu. Gdzie ty stary człowieku widzisz ten twój romantyzm? Ktoś zapytuje.
Mógłbym odpowiedzieć, że romantyzmem moim było to, że żyłem, że w snach widziałem tych, których kocham, by zapomnieć szybko, gdy wchodziłeś do kotłowni i zalewał cię pot. Najgorsze było pierwsze krople potu, które zalewały oczy, oczy piekły, wycierałeś je jakąś szmatą, którą przed chwilą wycierałeś ręce a może, przez którą chwytałeś trzon łopaty by się nie poparzyć dłoni, ten sam kawał szmaty służył do wszystkiego, wycierania potu, chwytania gorącego narzędzia, wytarcie rozlanego oleju na płycie podłogi maszynowni. No i co? Czy nie widzisz uparty człowieku mojego romantyzmu? A gdy nadeszła chwila, gdy przyszedł ten, który cię zmienił przy pracy tu w ziemskim piekle, kiwnąłeś ręką, bo nie było ani chęci ani sił by powiedzieć idę do koji, zazwyczaj mówiłeś jak już jesteś to się męcz. Wychodziłeś z piekła, powoli, bo sił brak było i dopiero, gdy cię nogi postawiły na pokładzie, twojego wymarzonego statku oddychałeś zachłannie, tak zachłannie jak byś za chwile miał przestać oddychać. Stoisz na pokładzie, wycierasz tą szmatą swoje ślepia piekące, spoglądasz na świat a w myślach kołaczą się słowa, jeszcze żyjesz, jeszcze oddychasz to już będziesz żył. Wchodzisz do małego korytarza, tu obok kuchni stoi wielki garnek by nie powiedzieć kocioł a w nim coś, co przypomina, że można to pić, nabierasz w aluminiowym kubku płynu i nie pijesz go, lecz wlewasz do swego gardła, ile pijesz?
Nie wiesz, nie wiesz nawet, co pijesz jedno, co wiesz ze to, co wlewasz do tej swojej wysuszonej mordy jest mokre, mokre jak twoja odzież, która jest tak przepocona, że nie przypomina jakiegoś materiału, raczej twoja odzież przypomina jakąś skorupę, którą stworzył twój własny, organizm. Ile potrzeba było soli? by ta odzież zamieniła się w skorupę czegoś ze soli.
A teraz, już tylko na dół, do kubryku, wdrapać się do swojego królestwa, jakim jest twoja koja i prosić Boga o spokojny sen. Jak widzisz przyjacielu, że mogę o swoim romantyzmie długo opowiadać, ale pewnie cię znudziło a może i zmorzył cię sen, nie krępuj się kładź się do wygodnego łóżka, śpij i śnij o tym jak jesteś gdzieś hen na jakimś starym rybackim parowcu i podziwiasz ten a jednak ten piękny świat? Nie wiem, czy się wam podobał ten spacer po starym rybackim parowcu ze starego zdjęcia.

Możliwie, że trochę was hałotycznie oprowadzałem po starym parowcu, może ktoś z was wczuł się w tego palacza czy też w inna postać? A przecież można się wczuć w każdego ze załogi starego parowca. Spróbujemy? To wczuj się w kucharza na rybackim parowcu. Kucharz na statku to poważna osoba, by nie powiedzieć druga po kapitanie, chociaż za moich czasów kucharz był tą trzecią osobą na statku, ktoś się zapyta skąd takie zmiany? Ano w czasie, gdy bywałem na starych parowcach była taka osoba, która uważała się za zastępcę kapitan. Był to oficer polityczny, który czuwał nad socjalistyczną świadomością załogi, dbał o to by załoga podnosiła swoją wiedze duchowa, poprzez czytanie odpowiedniej lektury, która walczyła z urojonym imperializmem amerykańskim. Ja tez musiałem przejść taką edukacje. Oficer polityczny dbał, by młody człowiek nie został opętany przez amerykańska propagandą, moja wspaniała edukacja polegała na fizycznym a nie duchowym spożytkowaniu poważnej lektury. Ktoś zapyta jak to można robić? Krotko powiem, że poprzez brudzenie tej lektury brudnymi rękami. Gdy wychodziłem z kotłowni polityczny dawał mi jakieś dzieło a ja je odpowiednio obczytywałem, nowe słowo i bywało, że i z nosa cos spadło na stronice.
Kucharz, ciężki zawód na starym parowcu, wspomnę, że jego królestwo - kuchnia była miniaturą a potrzeby były wielkie, bo przecież przygotowanie posiłków dla dwudziestu kilku osób a kuchnia by nie powiedzieć kuchenka była tak dopasowana do kucharza, że musiał uważać by mu się odzież nie zapaliła, gdy stał odwrócony tyłem do pieca a przecież nie zawsze była pogoda. Gdy przyszedł sztorm, na piecu garnki podskakiwały na piecu a bywało i tak, że jakaś potężna fala uderzyła w burtę statku i z pieca garnek ląduje na podłogę kuchni. No ja nie jestem w stanie powtórzenia słów kucharza a wszystko to przez moją słabą pamięć. Kucharz wzywał wszystkie moce piekielne by mu dali siły by wytrwał do końca tego rejsu. Byłem kiedyś na parowcu, był sztorm, który już wpadł chyba w nałóg, bo trwał już od kilku dni, dochodziła pora obiadowa, kucharz już szykował obiad do podania załodze, no stało się. Potężna fala uderza w lewą burtę, garnek z ugotowanymi ziemniakami ląduje na podłogę kuchni, na szczęście nie przewraca się, ale leci w stronę kucharza, który rzucony przechyłem statku pól leży na stole macha nogami bosymi, bo w czasie przechyłu statku zgubił obuwie, wszystko to się dzieje w sekundach, statek się wyrównuje z przechył, kucharz staje boso na, nie widzi, na co a właściwie, w co staje, jego bose stopy trafiają w potężny garnek z gotowanymi ziemniakami. Tak ja chciałem, powiedzieć kucharzowi, uważaj! Ale, Ten drugi ja, podpowiada mi poczekaj, czy kucharz trafi bosymi stopami w gorące ziemniaki. Gdy kucharz stanął w te gotowane ziemniaki, ja się staram powiedzieć to spokojnie, by ktoś z was wczuł się w role tego wspaniałego kucharza. Ten wspaniały, nie krzyk, lecz lwi ryk kucharza, ten wyskok z garnka gorących kartofli, to był balet kucharza, ten refleks kucharza wylewania na poparzone stopy zimną wodę, nie wspominam tej wspaniałej arii w czasie tego lwiego ryku, słowa a jakieś to były słowa? Po chwili nasze oczy spotykają się na ułamek sekundy, ja człowiek o miękkim sercu spoglądam na kucharza i tu musze powiedzieć, że kucharz miał wspaniały refleks, po zakończeniu piekielnej arii, kucharz mówi do mnie. Ty drugi, tylko ani słowa o kartoflach, że stałem w nich bosymi swoimi platfusami. Przecież nie będę gotował świeżych kartofli. Będą to żarli! Kończy kucharz i spogląda na mnie. Och szefie, u mnie to tak jakby mnie tu nie było, przecież wiem, że nie chciałeś sobie wymoczyć te swoje platfusy. To był wypadek przy pracy, mówię poważnie i schodzę do maszynowni. Zbliża się koniec wachty, zmiana wachty, pytam, co jest na obiad? Asystent odpowiada, że ogórkowa kartofle deptane i tu zaczynam się śmiać, bo przypomina mi scena Tańczącego kucharza w garnku z gorącymi kartoflami. Asystent zdziwiony moim śmiechem, tłumaczy mi. Wiesz tak się mówi, gdy kucharz potłucze ziemniaki.
Tak jak wspomniałem, że jest sztorm, załoga pokładowa nie może, przejść przez pokład, więc przebywa w naszym wspólnym pomieszczeniu, w mesie. Na drugi dzień siedząc przy stole w mesie ktoś mówi, że go boli brzuch, inny również narzeka, ja obawiając się jakieś, nie daj Boże epidemii nie chcąc opowiadam jak to wczoraj kucharz moczył swoje nogi w gorących kartoflach. No stało się, stało się małe piekło, chciano kucharza udusić, utopić, że on parzygnat, moczy swoje platfusy w kartoflach a później podaje te kartofle załodze. Ja widząc, że załoga zaczyna się denerwować i już załoga woła kucharza, dyskretnie chowam się do swojej kabiny, tak po prostu, nie lubię wysłuchiwać awantur.
Można więcej pokazywać postaci, które są na tym parowcu, pewnie jeszcze wejdziemy w jakąś postać kogoś ze załogi. Ale przecież jest tyle do powiedzenia o tym, co oglądamy na zdjęciach. Jedno, co mnie trochę, mnie jak by to powiedzieć smuci, zastanawia, to, że brak napisów. O tak jest ich kilka, no, ale myślę, że przedstawione poprzez moje stare myśli, wspomnienia opowiedzą wam trochę historii o tych wspaniałych rybackich parowcach. Ja może postaram się wam trochę je ożyć, pokazać je w kolorach, pokazać ich prace, prace na ich pokładach. Mam w swoich pamiętnikach parę takich bazgrołów, może uda mi się je utrwalić na kasecie, są one trochę w kolorach, może te kolory wydadzą się tak samo jak te statki, parowce pokazane na starych zdjęciach, również smutne i mało realistyczne, bo przecież minęło pół wieku. A może i więcej. Wróćmy jeszcze do starych zdjęć, są pokazane małe żaglowce by nie powiedzieć żaglówki, idące pod pełnymi żaglami, pod pięknym przechyłem, wspaniałe, co prawda małe są to żaglowce. Jest to typ, tak mi się wydaje kutra, tak, dzisiaj sama nazwa kuter kojarzy nam się ze statkiem rybackim a przecież pierwotnie te małe żaglowce pełniły funkcje okrętu, uzbrojonego okrętu. Patrząc na taki mały żaglowiec o tak wielkiej powierzchni żagla kojarzy się nam, że ten żaglowiec musiał być bardzo szybkim okrętem. Tak też było, że, użyje słowa romantyczne z wyglądu żaglowce, pełniły różne funkcje a przede wszystkim jako statki przemytnicze, szybki statek a przy tym bardzo cichy to był wspaniały okręt służący przemytnikom a skoro byli przemytnicy i na tych żaglowcach uprawiali przemyt to musieli być i celnicy, którzy z nimi walczyli. Toteż celnicy posługiwali się takimi wspaniałymi żaglowcami, tak była jakaś a nawet powiem wielka różnica miedzy statkiem przemytniczym a statkiem celniczym, dziś nazwane jako straż graniczna. Różnica polegał na tym, że celnicy swój żaglowiec mieli uzbrojony a przemytnicy zamiast armat do walki z celnikami mieli w ładowniach swego statku towar, który przemycali. Mnie się tak wydaje, że największy przemyt był, rozwijał się na obrzeżach wysp Brytyjskich, przecież jest tam kupa dogodnych zatoczek, ujść rzecznych, płycizn, z których korzystali przemytnicy.
Ale to było bardzo dawno temu a czy dzisiaj istnieje piractwo? No tak, przecież, gdy ja byłem na statku m/s LUBLIN w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku miałem a właściwie przeżyłem taka małą przygodę. Nasz statek stał gdzieś w jakimś państwie afrykańskim w Afryce Zachodniej, wyładunek przeciągał się, ci murzyni pracowali tak by się nie przemęczać.
Któregoś dnia władze portowe powiadomili, że statek musi opuścić port na parę dni i stanąć na redzie portu, statek wyszedł z portu na redę i stanął na kotwicy, statek był wspaniale oświetlony, wachtowi na pokładzie pełnili wachtę i gdzieś około północy na pokładzie usłyszano jakieś rozmowy oficer z mostku statku spojrzał na pokład i ku swemu przerażeniu zobaczył, że dwoje piratów trzyma marynarza wachtowego a trzeci z piratów dużym nożem, że poderżnie gardło wachtowemu. Piraci zażądaliby włączona oświetlenie w ładowniach i nikt ze załogi nie może przyjść na pokład, bo ujęty marynarz zostanie zabity, nie powiadamiać kapitana statku, że, oni piraci są na pokładzie statku Lublin. Oficer wachtowy mógł się tylko przystawać do rozkazów piratów. Po godzinie statek nasz został okradziony a ci piraci wiedzieli doskonale gdzie i w jakiej ładowni jest towar, toteż szybko okradli statek i zostawiając marynarza na rufie statku uciekli. Po chwili ogłoszono alarm na statku sprawdzono stan załogi, sprawdzono, co zostało zabrane przez piratów. Statek podniósł kotwice i wszedł do portu, władze portowe nie wierzyli, że statek i to tu w takim państwie mogli napaść piraci.

TRAGEDIA

Wspomnienia, oglądam piękne zdjęcia rybackich parowców. Na pewno, kto nie był na takim parowcu nie widzi jego piękna, piękna rybackiego parowca. Jest to inne piękno od tego piękna, gdy oglądamy gdzieś na zdjęciu, na obrazie, na którym widzimy piękny żaglowiec. Widzimy wspaniały żaglowiec, widzimy te wspaniale pokazane przez malarza marynistę, pokazane wybrzuszone przez wiatr potężne płótniska żagli. Przyznaje ze jest to, co przyciąga nasze oczy, jest piękno morza, piękno żaglowca. Wiem ze ten, kto ogląda taki obraz, zdjęcie jest zachwycony tym pięknym widokiem.
A czy byś ty? Podziwiający to piękno, gdybyś był na pokładzie tego żaglowca, jednym ze załogi tego żaglowca, czy widziałbyś to piękno? Nie. Powiem tobie szczerze, że ty będąc na pokładzie tego żaglowca, przeklinałbyś dzień, chwile, kiedy twoja noga stanęła na jego pokładzie. A może przeklinałbyś tych, tych, którzy cię wczoraj albo dzisiaj w nocy wrzucili na pokład niczym worek śmieci albo jakąś buchtę starych lin, tu na ten pokład. Boś nie mógł ustać na swoich nogach, w których zamiast krwi płynął rum. A dzisiaj jesteś już gdzieś hen na morzu, na pokładzie statku, nikogo nie znasz i nikt ciebie nie zna a może nie chcą cię znać? Klęczysz na pokładzie w obolałych dłoniach trzymasz jakieś cos, co przypomina cegłę, kamień i szorujesz pokład. Pokład tego piękna, co tak podziwiałeś. A ten krzyk na pokładzie a te przekleństwa skierowane do ciebie, słyszysz i wiesz, że o tobie mówią. Że kto? Że kim była ta kobieta, że ciebie wydała na świat, że tez się tacy rodzą na tym świecie? Słyszysz te rozmowy głośne rozmowy, byś zapamiętał, kim tu jesteś na tym pokładzie. Przecież to oni wczoraj wlewali w ciebie przeklęty rum, klepali po plecach, chwalili, że jesteś urodzony by pójść tam, tam na morza, tam jest twoje miejsce, tam na pokładzie pięknego żaglowca, idź tam, bo tam jest twoje miejsce, idź na morze ono cię woła. To jest tylko sen, nie, to nie sen, bo ten, co depcze moje ręce, to ten, który mnie wczoraj nazywał bratem. Boże, w myślach swoich wzywasz Boga. Boże, gdy mi pozwolisz a błagam cię tylko o to bym powrócił na ląd. Przysięgam Tobie Boże, że ucałuje tą świętą ziemie a na morze a nawet tam, w stronę gdzie będzie to morze, nie spojrzę!
Szorujesz pokład, spoglądasz ze strachem na tych, którzy cię otaczają, śmieją, przeklinają, zastanawiasz się, czy oni może wiedzą, może znają twoje myśli? Mogę powiedzieć, że nie trzeba było być na takim żaglowcu, można było to samo przeżyć na takim starym, rybackim, parowcu. Twoje pierwsze dni na pokładzie rybackiego statku, gdy leżałeś na starych, cuchnących sieciach rybackich, gdzieś tam pod kominem statku, zapomniany przez Boga i załogę. A szarpany przechyłami morza. Konasz? To jest twoje przeznaczenie, umieraj! Ta fala sztormowa ukołysze ciebie jak matka, zapomnisz o świecie, o lądzie z któregoś zeszedłeś na pokład tego statku. Nie przeklinaj chwili, gdy wszedłeś na pokład rybackiego statku, popatrz na jego piękno, na jego oblicza a jakie są to oblicza? To, które widzimy, to, które odczuwamy tu umierając na starych sieciach rybackich, zalewani morską falą, poczuj smak morza, prawda, że jest gorzkie tak jak dzisiejszy twój dzień. Myślisz o jednym, by powrócić i uciec z tego starego rybackiego parowca, ha, ha, wracaj na ziemie, na ląd boś słaby a morze potrzebuje silnych ludzi. Ach można opowiadać o morzu, o ludziach tych, co na morzu żyją, o statkach, o tragediach morskich. O rybakach morskich. Mam przed sobą zdjęcie, które pokazuje zatopiony rybacki parowiec, często spoglądam na to zdjęcie, mam wspomnienia a było ich kilka a chociażby jak tonął statek Kudowa Zdrój a tragedia na Kanale La Manche, patrzę na to zdjęcie i zastanawiam jak do tego doszło, że ten parowiec zatonął a jego załoga? I ja chciałbym opowiedzieć o smutnej tragedii, chcieć to nie wszystko, ale Umieć to opowiedzieć... spróbuje.

Było to pod koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, by być dokładnym, początek zimy, nasza rybacka flota opuściła łowiska Morza Północnego nie z powodu, że przychodziła pora sztormów. Zeszliśmy z Północnego, bo na Kanale La Manche tam pokazała się ryba, więc cała flota udała się na małe łowisko Kanału.
Możemy sobie wyobrazić to łowisko, to ta wąska cieśnina opodal portu Dower, jest tam wąsko, ale jest ryba! Toteż znalazły się trawlery różnych bander a ilość ich to kilkadziesiąt statków/ Tam spotkała się potężna armada statków rybackich i rozpoczęła się wielka bitwa o małego śledzia, ryba była spaniała by nie powiedzieć piękna, toteż nasze statki w kilkanaście dni połowów mieli pełne ładownie beczek ze śledziem a ilość beczek dochodziła nawet do dwóch tysięcy beczek. Opowiadając o połowach na Kanale La Manche należy również powiedzieć, że tam połowy inaczej odbywały niż na Morzu Północnym. Trawler rybacki szedł pod trałem a może powiem inaczej, statek ciągnąc sieć, płynął tylko z prądem wód Kanału a to z powodu, że w Kanale są silne prądy wody i taki trawler nie mógłby pod prąd ciągnąć sieci, nie dałby rady. Krótkie to były połowy, trałowanie, bo zaledwie około pół godziny i już wyciągano siec na pokład z rybą i szybko ile można było wyciągnąć z tych koni mechanicznych, z maszyny i statek szedł, płynął pod prąd i na odpowiedniej pozycji wydawał sieć, po prostu wyrzucał sieć za burtę i zaczynał ciągnąć włok sieciowy, połów ryby. A cały ten teatr połowów, kilkadziesiąt statków to wszystko odbywało się w najwęższym miejscu cieśniny, by nie powiedzieć, że połowy odbywały się pod nosem portu Dower.
Cieśnina była tak zatłoczona armadą statków rybackich, że jest to sobie trudno wyobrazić, jedne statki idą pod trałem, inne idą kontr kursem ile maszyna da rady by szybko zająć pozycje i wydawać sieć. A są i takie, którym szczęście nie dopisało we wielkim pośpiechu poplątały się sieci a bywa i tak, że kilka statków szczepiło się sprzętem połowowym i każdy ze statków próbuje rozplątać, wyplątać się z tego węzła, jedne statki odcinają część sprzętu, pozostawiając go drugiemu statkowi, ten sprzęt tonie, statki, jest ich dwa a może i pięć a każdy z nich chce uratować swój sprzęt połowowy, trwa szarpanina, obcinanie sprzętu połowowego, aby się uwolnić od tych statków, uwolniony trawler odpływa gdzieś pod ląd, staje na kotwicy i zaczyna wymieniać sprzęt połowowy. Mógłbym porównać ten statek do rannego zwierzęcia, który został zraniony i gdzieś skryty liże swoje rany. A wszystko, dlatego że trwa ta wielka batalia o małego śledzia. Bywa, że jakiś handlowy statek nie zwracając uwagę na ta batalie statków rybackich i wejdzie w to stado żerujących rybackich statków, statek handlowy nie ma szans przejść przez ta armadę a i stanąć w dryfie nie może a już kotwice rzucić nie ma miejsca. Dla tego statku handlowego kończy się kolizją ze statkiem a może ze statkami łowczymi, może ten handlowy nieszczęśnik stracić sterowność gdy na jego śrubie napędowej znajdzie się nawinięta sieć rybacka. Toteż statki handlowe, pasażerskie widząc flotę rybacka nie wchodzą w to stado. stoją gdzieś na kotwicy i oczekują końca dnia. Koniec dnia to koniec wielkiej bitwy o małego śledzia, statki rybackie schodzą do swoich macierzystych portów by wyładować złowioną rybę.
Natomiast nasza flota, polskie trawlery schodzą pod ląd, rzucają kotwice, na pokładzie trwa sprzątanie złowionej ryby, solenie, ładowanie do beczek, pełne beczki zostają opuszczone do ładowni statku. Załoga trawlera po sprzątnięciu ryby na pokładzie sprawdza sprzęt połowowy by jutro był gotowy do połowu. Również i maszynowni trwają prace, trwają prace w kotłowni, palacze czyszczą, szlakują paleniska by jutro móc utrzymywać parę w kotle na wysokim ciśnieniu. Na blazie! Po pracy załoga pokładowa idzie na odpoczynek, na pokładzie zostają wachtowi, którzy czuwają czy statek nie zostanie porwany poprzez prąd wody Kanału, bo i tak bywa, toteż maszyna główna musi być zawsze gotowa do manewrów. Statek rybacki musi być gotowy do jutrzejszej wielki bitwy, tak bitwy o tego małego śledzia. Połowy na Kanale La Manche to wielki poker, wielkie emocje. Wielka karfuzja rybacka. Nazajutrz, to był zwykły dzień, nawet była piękna pogoda, statki rybackie już są w swoim żywiole już trwa bitwa, już na małym odcinku Kanału, w tym wąskim przejściu już tu rządzi nie pisane prawo połowu ryb, nerwy, szybkość trawlera, praca załogi na pokładzie i nos kapitana. Wyczuć to miejsce, to wygodne miejsce dla mnie, bym mógł wyrzucić sieć, to jest wielki wyścig o wejście na pozycje i móc wyrzucić sieć. Jest już pora obiadowa, czas na posiłek, na szybki by nie powiedzieć ze posiłek odbywa się w biegu. Tak też było i na francuskim trawlerze, załoga tego trawlera schodzi z pokładu przez jedyne drzwi, które prowadzą małym korytarzem do pomieszczeń załogi na rufie statku. To jedyne wejście z pokładu prowadzi do mesy, do kuchni, do maszynowni i pomieszczeń załogi maszynowej. Załoga szybko zajmuje miejsca przy wielkim stole w mesie statku, kucharz i jego pomocnik uwijają się szybko podają jedzenie załodze, która w pośpiechu zjada, jedni jedzą podana zupę inni już drugie danie a są i tacy, że już zjedli i zapalają sobie fajki.
Ich statek idzie pod trałem, w każdej chwili mogą być manewry a na statku rybackim jest tak jak to bywało na starych żaglowcach, gdy padała komenda do brasowania żagli cała załoga żaglowca wychodziła do pracy na pokładzie. Tak i tu na rybackim statku tak jest, gdy kapitan jest zmuszony wykonać jakiś niespodziewany manewr cała załoga pokładowa zajmuje swoje miejsca pracy na pokładzie. W mesie panuje cisza, słychać tylko uderzenia metalowych łyżek o metalowe miski, panuje pośpiech, zdążyć z jedzeniem. Ktoś wstaje, nasłuchuje, chce cos powiedzieć. Ale nie zdążył. Następuje potężne uderzenie w ich statek, statek mocno przechyla się na lewą burtę, słychać potężny hałas rozdzierający się blach stalowych kadłuba statku, słychać krzyk załogi, która leci na przechyloną burtę, do pomieszczenia wlewa się potężna woda, woda szybko zalewa mesę, zalewa pomieszczenia załogi. Głośny krzyk uwięzionej załogi w stalowym pudle kadłuba statku. Ktoś usiłuje się dostać do góry, do małego korytarza, gdzie się znajdują drzwi wyjściowe na pokład, ale wyjścia na pokład niema, wyjście jest staranowane, zablokowane stalowymi, rozerwanymi blachami burty statku. Słychać zgrzytanie stalowych części statków. Staranowanego i taranującego statku. Po chwili nastaje cisza, słychać tylko potężny szum wody zalewającej wszystkie pomieszczenia statku. Po chwili statek uderza o dno Kanału.
Jak długo trwała agonia tych? Którzy zostali odcięci, ci, którzy spożywali swój ostatni posiłek, minuta a może dwie, dla nich ten czas agonii był wiecznością, śmierć przyszła niespodziewanie, przyszła a może zesłana przez nie uwagę kapitana statku, który swoim statkiem rybackim staranował inny statek rybacki?
A jak doszło do tej strasznej tragedii? Przecież był słoneczny piękny dzień trwa wielka batalia, kilkadziesiąt trawlerów rybackich uwija się we wąskiej cieśninie Kanału niczym mrówki w mrowisku. Każdy z kapitanów szuka dla swojego statku miejsca w tym ścisku by mógł wydawać sieć i łowić rybę. Francuski trawler płynie pełna parą, cała naprzód, trwa wyścig, statki nawzajem się zasłaniają, trawler francuski pędzi ile mocy ma jego maszyna. Kapitan rękę trzyma na telegrafie manewrowym, by w każdej chwili dać sygnał do maszynowni. Kapitan widzi, że jakiś trawler schodzi mu z kursu, pędzi dalej i gdy statek zeszedł mu z kursu widzi przed dziobem swego statku, że na jego kursie idzie inny trawler, idzie pod trałem, ma pierwszeństwo, odruchowo daje rączka telegrafu cała wstecz, ster na lewą burtę, jest mała szansa, że przejdzie za rufą statku. Ale jest już za późno. Dziób jego statku z wielka inercją uderza w burtę trawlera idącego pod trałem. Taranuje go, dziób statku rozrywa stalowe blachy kadłuba, pokładu statku, uderza w nadbudówkę, na kilka sekund zatrzymuje się. Oba statki są szczepieni w stalowym uścisku rozerwanych blach kadłuba.
Widać przechył tonącego statku i dziób taranującego statku, który unosi się to znowu opada w dół, wydaje się, że chce dokończyć śmiertelnego staranowania. A wszystko odbywa się na oczach setek rybaków, którzy jak gdyby skamieniali widokiem śmierci statku rybackiego, jak to długo trwało, agonia konającego statku ze załogą?. Inne statki rybackie zatrzymują się a cała tragedia trwa kilka minut słychać zgrzyt rozrywających stalowych blach i staranowany statek zanurza się w otchłani wód Kanału La Manche W miejscu gdzie pogrążył się statek w otchłani Kanału, wybucha niczym kajzer powietrza, wypływają na powierzchnie różne przedmioty, które są porywane prądem wód Kanału i szybko dryfując, giną z oczu tych, którzy byli świadkami tragedii..
Jakiś statek rybacki żegna tych, którzy odeszli wraz ze swoim statkiem. Swoją głośna syreną oznajmia inne statki rybackie, że stała się tragedia. Słychać jak już z innych statków odzywają się głośnym głosem syreny, żegnają tych, którzy odeszli na wieczną wachtę by nie powiedzieć ze odeszli na inne łowiska. Na statkach rybackich zostają opuszczone do połowy flag sztoku bandery, znak żałoby. Statki odchodzą z miejsca tragedii, dziś już nikt nie będzie łowił, statki schodzą z łowiska, jedne podchodzą pod brzegi i rzucają kotwice, inne statki udają się do swoich portów.
Już nikt nie zna miejsca tragedii, nawet nie widać statku, który zatopił statek, pewnie powoli płynie do macierzystego swojego portu a tam na lądzie już czekają rodziny tych, którzy pozostali w zatopionym statku.
Nazajutrz ponownie ruszyli trawlery do łowienia ryb i znowu biorą udział we wielkiej bitwie o małego śledzia.
Tylko po pracy w mesach trawlerów długo rozmawiano o tej tragedii, rozmawiano o tym, że nieszczęście było tak bliskie a nikt nie mógł pomóc, bo wszystko działo się tak szybko, że czasu starczyło tylko na moment by zapamiętać, obraz statków i ten przerażający hałas rozdzierającej się stali...



Powrót do poprzedniej strony

Powrót do strony głownej

Menu

O Półwyspie Helskim
Morze Bałtyckie
Perły naszej floty
Herby miast nadmorskich
Legendy
Alfabet Morse'a
O Trójmieście
O Kołobrzegu
Łeba i okolice
Latarnie morskie
Dla żeglarzy
Mierzeja Wiślana
Wybrzeże zachodnie
Ciekawostki
Człowiek Morza
Opowiadania
Kącik multimedialny
Pogoda
Banner