LEGENDY ROZEWSKIE

O mądrym rybaku i głupim diable

Pierwszy rybak, który osiedlił się w pobliżu Lisiego Jaru nazywał się Fabisz. Bałtyk byk wówczas morzem spokojnym i gładkim. Samotnego rybaka napastował jednak miejscowy diabeł - Purtk. Nękany Fabisz pewny swej odporności - postanowił zbadać siłę kusego Purtka. Zgodził się oddać mu duszę pod warunkiem, że bies utrzyma w miejscu kotwice jego żeglującej łodzi. Kiedy wypłynęli daleko w morze, rybak zgodnie z umową przywiązał diabła do kotwicy. Przeżegnał go i wrzucił do wody. Łódka jednak, mimo wiatru płynęła coraz wolniej i zwycięstwo diabła było bliskie. Wówczas rybak, nie widząc innego wyjścia, odciął linę łącząca łódkę z kotwicą i zawrócił do brzegu. Purtk poszedł na dno wraz z kotwicą. I choć od tego czasu nikt już nie zakłócał spokoju Fabisza, to Bałtyk przy Rozewskiej Głowie zmienił się bardzo. Kiedy bowiem diabeł próbuje wydostać się z pułapki zastawionej nań przez przebiegłego Kaszuba, morze zaczyna wrzeć, a z jego głębin daje się słyszeć straszliwy ryk oszukanego diabła.

Kto pierwszy zapali ogień na Rozewiu?

Uwięziony przez Fabisza w głębinach morskich u przylądka rozewskiego diabeł stał się postrachem wszystkich żeglarzy. Jednak najgroźniejszym okazał się wystający z morza granitowy głaz, który do dziś zowią "Frank". Skąd to imię? Otóż pewien bogaty kupiec i żeglarz noszący to właśnie imię we wszystkie swoje podróże zabierał ukochana córkę Kristę, bowiem wierzył, ze jej obecność przynosi mu szczęście. Rozpieszczał ją, kupując w czasie podróży do Gdańska klejnoty i stroje. Ona zaś swą urodą i urokliwym śpiewem umilała czas podróży ojcu i załodze. Pewnego razu, gdy Frank miał wypłynąć z Gdańska w stronę Kołobrzegu ostrzegano go aby został w porcie, bo zbliża się sztorm. Ale Frank wierzył, że obecność Kristy zapewni mu bezpieczeństwo w największym sztormie. Wypłynąwszy, jak zwykle poprosił córkę, aby zaczęła nucić swe urokliwie pieśni. Sternik zasłuchany, nie zauważył że zbliżają się do miejsca. gdzie szaleje uwięziony w głębinach diabeł. Statek wpadł na wystający głaz i roztrzaskał się. Uratowała się jedynie Krista, która wspiąwszy się na urwisko, ułożyła stos i chciała zapalić ogień aby wskazać żeglarzom drogę ratunku. Bez krzesiwa i hubki była jednak bezradna. Wszystkich żeglarzy wraz z jej ojcem pochłonęło morze. Zwabiony rozpaczliwym krzykiem dziewczyny przybiegł w to miejsce młody rybak Fabisz, który mieszkał w Lisim Jarze. Zaopiekował się Kristą i młodzi zakochali się od pierwszego wejrzenia. Pobrali się i zamieszkali na Rozewskiej Kępie. Odtąd każdej nocy Krista rozpalała ogień by uchronić innych żeglarzy od losu jaki spotkał jej ojca, by omijali głaz, który od owego nieszczęścia nosi imię "Frank". Gdy Krista umarła. ogień zapalali jej potomkowie.

Przemienieni w buki

Ogień na Rozewiu nigdy nie wygasł. Kolejni Fabisze dobrze spełniali swe obowiązki. Wybudowanej na rozkaz polskiego króla wieży nigdy nie opuszczali. Nawet ciała ich grzebano nie na swarzewskim czy żarnowieckim cmentarzu, lecz tu pod wieżą. Za panowania króla Zygmunta latarnikiem był młody Wit, ostatni potomek Kristy i Fabisza. Pokochał on śliczna Agnieszkę, córkę sołtysa z Tupadeł. Co ranka spotykali się nad brzegiem morza, ona śpiewała, on dla niej zrywał najpiękniejsze kwiaty. O zmierzchu Wit niezmiennie wracał do latarni. Poczyniono już wszelkie przygotowania uroczystych a hucznych zaślubin, gdy ostatniej nocy przed ślubem na morzu pojawiły się szwedzkie żaglowce króla Gustawa. Zarzuciły kotwice pod Lisim Jarem i najeźdźcy wtargnęli na kępę. Wit był w rozterce. Z jednej strony chciał biec do Tupadeł, ostrzec narzeczoną i tamtejszych ludzi przed niebezpieczeństwem. Z drugiej jednak przypomniał sobie przysięgę złożoną na puckim zamku, że od zmroku do świtu nigdy nie opuści latarni. Wierny ślubowaniu pozostał na posterunku. Podkładał do ognia drew, aby choć w ten sposób zwrócił uwagę mieszkańców. Jednak pierwsi spostrzegli go najeźdźcy. Z Lisiego Jaru wąską drożyną ruszył podjazd w kierunku wieży. Wdarli się do baszty i rozkazali ugasić ogień. Wit nie posłuchał. Własną piersią zasłoni ognisko, lecz padł zabity przez wroga i zgasło światło na Rozewiu. Błysnęły za to ognie palonych wsi, co widząc Kaszubi skryli się po okolicznych lasach. Pod wieczór Agnieszka wymknęła się z kryjówki, weszła na latarnie i ujrzała narzeczonego martwego na szczycie baszty. Zrozpaczona zeszła pod wieżę, gdzie biwakiem rozłożył się jeden z podjazdów szwedzkich i gniewnie unosząc pięści, przeklęła zabójców. aby nigdy nie powrócili do domów. Szwedzi zerwali się chcąc pomścić zniewagę, ale poczuli że dziwna moc przygwożdża ich nogi. Buty korzeniami wrastają w ziemie, ręce zamieniają się w gałęzie, włosy w szeleszczące liście. Na zboczu stanął las żołnierzy szwedzkich zamienionych w buki.

Franciszek Fenikowski - największy bajarz i propagator legend - teksty pochodzą z jego zbiorów, są skrócone.



Powrót do strony poprzedniej


Powrót do strony głownej

Menu

O Półwyspie Helskim
Morze Bałtyckie
Perły naszej floty
Herby miast nadmorskich
Legendy
Alfabet Morse'a
O Trójmieście
O Kołobrzegu
Łeba i okolice
Latarnie morskie
Dla żeglarzy
Mierzeja Wiślana
Wybrzeże zachodnie
Ciekawostki
Człowiek Morza
Opowiadania
Kącik multimedialny
Pogoda
Banner