Legendy Słowińskie

Zapraszam serdecznie do lektury kilku słowińskich legend. Pochodzą one z książki „Legendy słowińskie” pod redakcją Gabrieli Włodarskiej.

Zapadnięty zamek

Wieś Smołdzino leży u stóp wzniesienia zwanego Rowokół. W miejscu tego wzniesienia stał kiedyś okazały zamek. Mieszkała w nim księżniczka wraz ze swoją służbą. Otaczała się przepychem pokazując w ten sposób swoja władzę. Była bogata dumna i wyniosła. Zamek zawsze był dobrze zaopatrzony w pożywienie. Okoliczna ludność i tak biedna , z roku na rok ubożała coraz bardziej oddając księżniczce mięso, ryby, zboże jako daninę. Ziemia nie chciała już rodzić a zwierząt było coraz mniej. Aż przyszedł rok ogromnej klęski. Żniwa były bardzo marne i wszyscy cierpieli głód. Tylko księżniczka była spokojna, jej zapasy jedzenia wystarczyłyby na kilka lat. Wydawała pieniądze na kosztowności, zabawy uciechy, ale mimo tego była wiecznie niezadowolona. Była zła i zaborcza. Chłopi dobrze o tym wiedzieli, wyzyskiwała ich nakładając ogromne ciężary.

Teraz jednak gdy nadszedł głód i bieda , uradzili, że pójdą do księżniczki błagać o litość. – Trzeba spróbować, może coś zdziałamy – odezwało się kilka głosów. Wybrano kilku przedstawicieli i wysłano ich do zamku. Zdziwiona księżniczka nie spodziewała się chłopów, ale mimo tego nakazała ich wpuścić. Przestraszeni, nędznie ubrani stanęli przed swoja zaborczą władczynią.
– Przyszliśmy miłościwa Pani aby was prosić o pomoc. Nie mamy ani ryby ani mąki, nie mamy zboża. Plony były bardzo liche i nie mamy jak przetrwać zimy. Przyszliśmy prosić o pomoc, dajcie choć trochę śledzia z zamkowych piwnic.
– Co? Mam wam dać śledzie?! Żądacie ode mnie jedzenia?! Zaniedbujecie swoje obowiązki nie dajecie mi bydła i jeszcze prosicie o pomoc? Nigdy ! niedoczekanie, nic wam nie dam! Służba wyrzuciła chłopów z zamku. Księżniczka sama do siebie powtarzała oburzona : – Nigdy ! nic im nie dam ! Z Szyderczym uśmiechem wydała rozkaz by beczki ze śledziami, których i tak by nie zjadła utopić w morzu. Chłopi, pełni goryczy, smutni wracali do domów. Kiedy byli już daleko od zamku nagle ziemia pod nimi zadrżała. Usłyszeli huk i trzask. Odwrócili się i zobaczyli jak zamek zapada się pod ziemię. Księżniczka w powozie zaprzężonym w konie chciała uciec, ale ją też pochłonęła ziemia.
– To kara boska za brak litości – szeptali przerażeni wieśniacy. Zamek zamienił się w kolistą górę, otoczona rowem. Z czasem okoliczni mieszkańcy nazwali ja Rowokół

Upiorne jagnię

Kiedy rybak Plaszok z Rowów pochował swoją żonę , czuł wielki żal i smutek. Ubolewał z powodu jej śmierci gdyż bardzo kochał swoja białkę. Ale ponad wszystko kochał zabawę i swawolę. Toteż po dwóch dniach żałoby udał się na weselisko do Gardny Wielkiej, gdzie jego kolega wydawał za mąż córkę. Popił trochę Plaszok, zabawił się, potańczył i późną nocą wracał łodzią do domu. Jezioro było spokojne, a księżyc oświetlał ju drogę. Nagle zobaczył białe jagnię na wodzie. Zdziwił się bardzo i przetarł oczy by się przekonać czy to nie omamy. Pewności nabrał gdy nagle jagnię wskoczyło mu do łodzi. Przerażony nie był w stanie panować nad łodzią i przy ujściu Łupawy do Bałtyku łódź wpadła na przeszkodę. Rybak, nie kontrolując już swego zachowania wskoczył do wody, popłynął do brzegu i nie oglądając się siebie pospieszył do domu.
– Co jest do stu diabłów!? wyszeptał niemal sparaliżowany, gdy to samo jagnię zobaczył przed swoją chałupą. Zastępowało mu wejście do niej. Wybił więc szybę okienną i nieporadnie wszedł do środka. Szybko wskoczył do łóżka i żeby nic nie widzieć cały nakrył się pierzyną. Nie minęła minuta gdy poczuł, że nagle coś na niego wskoczyło.
– Aaaaa! krzyknął z przerażenia i drżąc cały dyskretnie wyjrzał spod pierzyny. Białe jagnię siedziało obok na posłaniu.
– Czego chcesz !? Idź sobie stąd ! Ale ono ani myślało zejść, jakby to było jego stałe miejsce. Myśli kłębiły się w głowie Plaszoka. Miotany uczuciem strachu dociekał czyje to jagnię i skąd się tu wzięło. „Dlaczego akurat mnie się uczepiło?” Gdy drugi raz odchylił pierzynę, jagnięcia już nie było. Zniknęło niepostrzeżenie. Wydarzenie to mocno przygnębiło rybaka. Długo po nim chorował. Kiedy jednak trochę ochłonął, domyślił się, że pod postacią jagnięcia pojawiła się jego zmarła żona. Od tej pory rybak przestrzegał żałoby, był spokojny i skupiony. Przede wszystkim zaś nie pił gorzołki.

Łebianie w niebie

Kiedyś sztormy na Bałtyku były znacznie potężniejsze i statków tonęło dużo więcej. Podczas jednego z takich sztormów na dno poszedł też korab z Łeby. Siedmiu ludzi pochłonęło morze. Teraz szukali drogi do niebiańskiej krainy, ale wiedzieli że niełatwo będzie tam trafić. Bramy nieba nie dla wszystkich stały otworem. Nie skalali bowiem swoich rąk uczciwą pracą, nie łowili ryb i nie szyli sieci jak wszyscy łebianie. Zajęciem, które dawało im byt było plądrowanie rozbitych na brzegu statków. Łupili je , wiodąc przy tym życie pełne zabaw, uciech, grali w karty, wszczynali burdy. Przemyt i piractwo tez nie było im obce. Teraz gdy stanęli u bram nieba żałowali swych uczynków, wyglądali na skruszonych i pokornych. Takimi ich ujrzał św. Piotr który uchylił drzwi, gdy do nich zapukali. Pokłonili się głęboko i zaczęli mówić nie pytani.
– Jesteśmy okrętnikami z Łeby, sztorm zatopił nasz statek, nie mogliśmy się uratować.
– Wiem kim jesteście – odrzekł św Piotr – dla dobrych okrętników mam dużo miejsca w niebie , ale wy na nie nie zasłużyliście. I zaczął im wypominać wszystkie złe rzeczy, które uczynili, wszystkie awantury, hazard, alkohol. Pokornie spuścili głowy. Wstyd im było przed św. Piotrem. Padli na kolana i zalani łzami błagali o przebaczenie. Św. Piotr pozwolił im wejść ale był bardzo nieufny.
Przez kilka dni łebianie chodzili skruszeni i nieśmiali. Obserwowali pracę anielskich zastępów, na każdym kroku spotykając się z życzliwością. Jednak przed oblicze Boga jeszcze nie byli zaprowadzeni. Panująca dobroć, spokój i życzliwość zaczęła zmieniać łebian. Stawali się oni coraz spokojniejsi i lepsi. I byliby pewnie zanieleli do końca gdyby nie to że w raju kaj to w raju, wszystkiego dostatek. W czasie przechadzki po ogrodzie jeden z nich zerwał listek z krzaczka. Gdy zaczął go miętosić w palcach poczuł znajoma woń.
– Poznajecie ten zapach? – zapytał podniecony. Wszyscy pociągnęli woń nosami…
– Tabaka ! – powiedzieli jakby chórem.
– A niech to dunder świśnie, w raju tytoń rośnie ! – skwitował jeden i wszyscy zaczęli się śmiać. Zrobili sobie fajkę i zaczęli palić tytoń aż anioły zaczęły się dusić. Ale znalazły się też takie które dały się namówić do pociągnięcia fajeczki. Anioły albo odchodziły upojone tabaką zataczając się albo bez sił zostawały na miejscu. A okrętnicy tymczasem wymyślali coraz to nowsze zabawy i kawały. Bawili się nieprzyzwyczajonymi do takich harców aniołami. Do tego jeden z łebian znalazł w kieszeni karty. Zaczęli grać, hałasowali, krzyczeli na siebie wywołując ogólny zamęt. Hałasy przyciągnęły tez św. Piotra, jednak nikt go nie zauważył bo anioły tez pochłonięte były grą. Św. Piotr zły na siebie że wpuścił tych łajdaków do raju odszedł smutny, nie wiedząc co ma teraz uczynić. Chciałby pozbyć się złych dusz, ale kto raz do nieba został wpuszczony ten nie może być wyrzucony. Święty Piotr siedział zasmucony pod brama niebios gdy nagle ktoś zapukał. Wstał, uchylił drzwi i zobaczył człowieka bardzo podobnego do tych, którzy piekło z nieba uczynili.
– Idź sobie stąd, człowiecze, nie przyjmę chłopa z Łeby.
– A skąd wiesz że ja z Łeby?
– Wyglądasz tak samo jak siódemka, której rad bym się pozbyć.
Zdumiał się przybysz, bo nie wiedział o co chodzi. Św. Piotr wyjaśnił wszystko a wtedy chłop zaśmiał się życzliwie
– Wiem jak się ich pozbyć, ale przyrzeknij Piotrze że jak oni wyjdą, to ja wejdę – powiedział.
– Masz słowo – rzekł zdesperowany św.Piotr.
– Otwórz szerzej furtkę – polecił łebianin.
Rozwarły się bramy, a wtedy chłop głośno wrzasnął:
– Okrat w sztrądze !! Gdy tylko łebianie usłyszeli ten krzyk , rzucili karty i zaczęli gnać w stronę skąd dobiegał okrzyk. Przebiegli przez bramę niczym błyskawica. Wtedy św. Piotr pociągnął chłopa do siebie i szybko zamknął bramę. Wtedy łebianie zrozumieli że to podstęp. Obiecywali poprawę, prosili o ponowna szansę, jednak jej nie otrzymali. Tak zakończył się rajski żywot siedmiu rozbójników z Łeby.

Zbójnicki skarb

W miejscu gdzie od smołdzińskiego traktu zbacza droga na szczyt Rowokołu, jest kotlina szeroka na 25 kroków porośnięta sosnami i mchami. Przed wielu laty skrywali się tam zbójnicy gracujący w okolicy. Wśród nich był herszt, który organizował zbójecki, dziki żywot całej reszcie rabusiów. To on rozpalał fałszywe ognie, kierujące statki na mieliznę, by potem rzucić się na nie zrabować co się da, towary, pieniądze, żywność. On też organizował napady na wędrujące karawany kupców. Rabusie byli plagą i postrachem całej okolicy. Wszystkie zrabowane kosztowności przechowywali w skarbcu, do którego dostęp miał tylko herszt. Wieści o bogactwie, skarbach i wyczynach rabusiów docierały nawet tam gdzie oni nie dotarli. Doszły też do księcia Racibora ze Sławna. on sam kiedyś uczestniczył w rozbójniczych wyprawach. W książęcej kasie było widać dno, więc rozkazał swoim ludziom zasięgnąć informacji o rozbójnikach. – Znajdźcie ich norę, gdzieś tam musi być skarbiec – polecił swym ludziom
– Znajdziemy, a potem zaatakujemy znienacka – zaproponowali.
– Nie tak od razu – powstrzymał ich Racibor. Najpierw trzeba ich poobserwować. Sami zaprowadzą nas do skarbca.
– Zrobimy tak jak każecie panie.
– No to w drogę.
Wskoczyli w drogę i ruszyli. Trzy dni później byli już w okolicach Smołdzina. Wyśledzenie rabusiów nie zajęło im wiele czasu. Potem przez kilka dni obserwowali z ukrycia bandę poznając ich zwyczaje. Na zamek wrócili z konkretnymi wiadomościami.
– Ilu ich jest – pytał książę.
– Sześciu i herszt.
– Ktoś trzyma wartę?
– Wszyscy wracają dopiero wieczorem, na noc. W nocy wartownik pilnuje obozu.
– A skarbiec?
– Żadnego skarbca nie odkryliśmy. Trzeba złapać herszta i zmusić go do gadania.
– Tak też zrobimy. Dajcie koniom odpocząć, przygotujcie wszystko, pojutrze ruszamy.
– Tak panie – odpowiedzieli słudzy i odeszli.
Wszystko poszło zgodnie z planem. Przybyli na miejsce i zaczaili się na rozbójników. Zadanie okazało się proste. Wszyscy spali twardym snem, wartownik też. Ludzie Racibora związali wszystkich i czekali aż zacznie świtać. Gdy się rozjaśniło mimo poszukiwań skarbca nie znaleźli. Rozbójnicy mimo tortur i bicia nic nie powiedzieli. Związanych zbójników Racibor kazał zapakować na wozy i powlókł ich do Sławna. Herszt przez wiele miesięcy był torturowany i zmuszany to wyjawienia tajemnicy. Twardy był i mimo ogromnego nacisku księcia nic nie zdradził. Kiedy był już u kresu życia Racibor jeszcze raz próbował wyciągnąć potrzebne mu informacje.
– Gadaj gdzie są skarby ! – krzyczał.
– Nic nie powiem – wyszeptał trzymany przez ludzi księcia. – Ale wiedz , że od skarbu dzieli się tylko szpilka – powiedział z szyderczym uśmiechem. Upadł i skonał. Z czasem zapomniano o rozbójnikach. Racibora ciągle gnębiła myśl o skarbach. Po okolicy rozeszła się wieść, że skarb leży pod olbrzymim głazem i można go wydostać tylko przez usunięcie żelaznej szpilki tkwiącej pod nim. Głaz i szpila tworzą skomplikowany mechanizm, który nieostrożnych śmiałków zabija.

Jak diabeł kościół budował

Na dwóch przeciwległych brzegach jeziora Gardno są dwie miejscowości, które kiedyś były rybackimi osadami. Jezioro dawało utrzymanie ich mieszkańcom. Pewnej lipcowej nocy rybak Jost mieszkający w Gardnie wielkiej wracał łodzią z Rowów do domu. Nagle wody jeziora rozszalały się, a niebo pociemniało od chmur i błyskawic. Strugi deszczu lały się do łodzi. Do brzegu było jeszcze daleko. Wtem z ciemności wyłoniła się straszna postać. Jost rozpoznał w jej diabła, który zjawia się tam gdzie za drobną przysługę może zabrać ludzką duszę.
– Co diable, zwęszyłeś interes , hę? – odważnie krzyknął rybak.
– Noo… ten… tego.. mam dla ciebie propozycję, bracie – wydukał czart, nieśmiało podsuwając mu zapisany zwój.
– Cyrograf.. widzę, że jesteś przygotowany.
– Owszem, ale za to sprawie, że bezpiecznie dotrzesz do domu, inaczej zginiesz w wodach jeziora.
Tymczasem łódź Josta miotała się wśród rozszalałych fal, stała się zabawką w rękach rozszalałego żywiołu. Przestraszony rybak rzekł:
– Zgoda, oddam ci moją duszę, ale pod jednym warunkiem.
– Warunkiem? Jakim? gadaj !
– W miejscu naszego spotkania zbudujesz kościół.
– Kościół? Kiedy?
– Jeszcze dziś w nocy. Zanim zapieje pierwszy kur, ma być gotowy – wymyślił rybak, chytrze spoglądając na diabła i obserwując jego reakcję.
Po namyśle diabeł wyraził zgodę i pakt został podpisany. „Alem nabrał Kusego” – myślał sobie rybak i spokojnie popłynął do domu. Rozsądek bowiem mu podpowiadał że wykonanie tego zadania jest niemożliwe, i że ocali swoją duszę. Wrócił do swej checzy i poszedł spać. Dwie godziny przed świtem zbudził rybaka straszny hałas. Jost zerwał się z łóżka i zobaczył, jak u brzegu jeziora diabeł dowodzi całym zastępem swych piekielnych braci. Wszyscy się uwijali i kościół był już prawie gotowy.
– A to sprytny bies ! A to czart! Zaraz moją duszę diabli wezmą – lamentował Jost.
Biegał po podwórzu jak opętany. Takiego końca się nie spodziewał. Skupił się na chwilkę i wtedy wpadł na zbawienny dla niego pomysł. Złożył dłonie w trąbkę i zapiał jak prawdziwy stary kur. Na to hasło całe ptactwo w kurniku podniosło wrzask, koguty zaczęły piać, a potem zapiały wszystkie koguty w całej wsi. Diabeł na odgłos piania struchlał, bo coś się w jego rachunku nie zgadzało. Wpadł w niepohamowaną złość. Zburzył budowlę, zebrał czarcią załogę i zniknął ponieważ z głosem kura czartowska moc przestała działać. Od tamtej pory na środku jeziora Gardno jest wysepka z kamieni polnych, a na jego brzegu, pomiędzy Wielką i Małą Gardną pozostał jeden głaz, w którym widnieje odcisk przypominający końskie kopyto, głęboki na dwa cale.

Piraci z Rowów

Dawno temu jesiennej nocy płynął po Bałtyku trzymasztowy piracki żaglowiec. był bardzo ciężki, załadowany skrzyniami, beczkami, worami. Wiatr dął we wszystkie żagle, podróż układała się pomyślnie. Ale nagle na wysokości Smołdzina rozszalała się burza. Wicher szarpał żagle i liny. Wiatr spychał statek w stronę brzegu. Nastąpił nagły huk i wstrząs. Statek wpadł na mieliznę. Zarył w dno, przechylił się i zaczął skrzypieć. Woda z całą siłą uderzała w burtę statku. po chwili zaczęły dobiegać potężne trzaski pęknięć. Załoga rozpaczliwie szukała ratunku. Szalupy już wcześniej zerwał wiatr. Wszyscy wskoczyli do wody i usiłowali płynąć do brzegu.
Kiedy po nocnej nawałnicy słońce wyjrzało zza chmur, rybacy z Rowów znaleźli na brzegu wyrzucone przez morze fragmenty rozbitego statku, a wśród nich muskane przez wodę ciała dwóch chłopców. Z całej załogi ocaleli tylko oni.
– Są wyczerpani, ale żyją – oznajmił Kleczec, który pierwszy ich zauważył.
– Zabierzmy ich do wsi – zadecydował Pirch
– Jo, białki się nimi zaopiekują i postawią ich na nogi.
Młodzi rozbitkowie zostali we wsi, a rybacy przyjęli ich z sympatią i darzyli życzliwością. Jakub i Barnim, bo tak ich nazywano, wdzięczni za wszystko pomagali im w połowach i pracach domowych. Świat wydawał im się piękny. Cieszyła ich przyroda, morski żywioł, ludzie i ich życzliwość. Dorastali szczęśliwie i stawali się bardzo silni. Kilka lat później zbudowali sobie checz nieopodal plaży przy wąskiej dróżce prowadzącej do brzegu. Kiedy stali się mężczyznami w ich sercach rozbudziły się dziwne uczucia i pragnienia. Łowienie ryb i szycie sieci już nie dawało im takiej radości jak kiedyś. Gnębiła ich myśl, że już na zawsze pozostaną tacy spokojni i biedni.Tymczasem rozpierała ich energia. Wspominali barwne życie na żaglowcu, pełne przygód, rozbojów które dawały zabawę i bogactwo. Mijały lata, pory roku zmieniały się. Nastała jesień. Pogoda była straszna, na morzu szalały sztormy. Po jednym z takich sztormów rankiem do checzy Barnina i Jakuba weszło dwóch mężczyzn.
– Witajcie – odezwał się jeden z nich. Nasz statek utknął na mieliźnie, niedaleko od brzegu. Jesteśmy…
– Wchodźcie kimkolwiek jesteście, aleście przemoczeni!
– Płynęliśmy wpław, sztorm zerwał szalupy, potrzebujemy pomocy. Uszkodzenia nie sa duże, potrzebujemy kilku łodzi, żeby ściągnąć statek z mielizny.
– Spróbujemy wam pomóc powiedział Jakub – tylko przebierzcie się w suche rzeczy.
Barnim poleciał do wsi załatwić łodzie, a Jakub podał gościom ciepłe piwo. Goście zdziwieni ciepłym przyjęciem mówili że za pomoc zapłacą.
– Jesteśmy kupcami, mamy dużo towarów, płyniemy do Rugii.
– Mmm do rugi – powtórzył zamyślony Jakub.
Siedzieli paląc fajkę, a Jakub wyszedł do wsi zobaczyć co z tymi łodziami. Gospodarze długo nie wracali. W końcu otworzyły się drzwi i młodzieńcy stanęli przed mężczyznami.
– Wiemy że nie jesteście kupcami – powiedzieli. Nikomu nic nie powiemy, nie bójcie się. Obejrzeliśmy wasz statek, wiemy, że jesteście piratami. Ale wam pomożemy.
Przybysze zaniepokojeni i zdziwieni słuchali.
– Co chcecie w zamian? – spytali.
– Nie chcemy zapłaty, chcemy tylko żebyście zabrali nas ze sobą.
Żeglarze zaskoczeni czekali na wyjaśnienia. Jakub opowiedział całą historię o wypadku i o życiu jakie tu pędzą. Opowiedział o miłym przyjęciu przez rybaków, że to mili ludzie , ale nas ciągnie w morze. Zapanowało milczenie, nikt nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji.
– No dobrze.. zabierzemy was, przydacie się zastąpicie rannych.Ale do momentu wypłynięcia to będzie tajemnica.
– Umowa stoi – podali sobie ręce.
Ściągnięty z mielizny statek zacumował na przystani. Naprawy były drobne ale i tak pochłonęły kilka godzin. Następnego ranka statku w porcie już nie było. Nie było też Jakuba i Barnima. Kiedy rybak Kleczec zajrzał do ich chatki, nie zastał nikogo. Rybacy szybko się domyślili, że ich wychowankowie odpłynęli pirackim statkiem i wrócili do swojego starego fachu. Wieści o Jakubie i jego towarzyszu do rybaków dotarły kilka miesięcy później. Na całym wybrzeżu mówiono wówczas o piratach z Rowów, którzy chętnie werbują do swej załogi nowych, silnych ludzi, łupiąc mniejsze i większe jednostki na morzu. Z czasem stali się posiadaczami kilku statków, urośli w potęgę. Nazywano ich Bandemerami. Przez długie lata zajmowali się tym procederem. A kiedy na Pomorzu osiadł możny ród von Bandemerów, rozniosła się wieść, że to potomkowie słynnych piratów z Rowów.

Niedzielna robota

Żył kiedyś w Smołdzinie szewc, któremu bardzo źle się powodziło. Skóra była droga, klienci biedni i często zwlekali z zapłatą. Do tego panowała duża konkurencja klientów było coraz mniej. Szewc mieszkał w skromnej chacie wraz ze swoją żoną i siedmiorgiem dzieci. Żyli bardzo ubogo, a szewc pracował nawet w niedziele by zarobić na kawałek chleba dla dzieci i żony. Smutny ciężko pracował i borykał się z losem. Pewnej niedzieli szewc jak zwykle pracował. Nagle do chaty wszedł mały niepozorny człowieczek.
– Dlaczego nie świętujesz dnia wolnego? – zapytał
– Bieda zmusza mnie do pracy. Żeby nakarmić rodzinę muszę mieć nowych klientów.
– Niedzielna praca nie da ci chleba. Nie da ci klientów i pieniędzy, a jedynie uciszy tego, który siedzi w twej piwnicy.
– Jak to? zdziwił się szewc.
Patrzył czujnie ma małego człowieczka. Ten skinął głową i zeszli razem do piwnicy. Gdy już byli na dole szewc oniemiał i stał osłupiały. Z kąta wyszedł tłusty, czarny kozioł.
– Przyjrzyj mu się mistrzu – to dzięki twojej niedzielnej harówce on ma tak dobrze – powiedział człowieczek.
Szewc zdziwiony szukał odpowiedzi na pytanie kim jest człowieczek, co to za kozioł, co się dzieje…
– Idź do domu i świętuj wolny dzień. Jeżeli to zrobisz będziesz żył dostatniej – powiedział człowieczek.
Szewc poszedł przodem a gdy się obejrzał człowieczka już nie było. Zniknął. Szewc zastosował się do rady i przestał pracować w niedziele. Z całą rodziną zaczął chodzić do kościoła. Z czasem w chacie zaczęło dziać się lepiej. Było więcej klientów, większe zamówienia. Rodzina zaczęła żyć dostatniej. Brzuchy były pełne, dzieci szczęśliwe i zdrowe. Minął rok. Pewnego niedzielnego ranka do chaty szewca wszedł mały człowieczek. Szewc siedział i czytał dzieciom Pismo Święte.
– Boże pomagaj – powitał wszystkich.
– Na wieki wieków – odpowiedział szewc.
Mam dziurawe buty, trzeba je podzelować, dzisiaj jeszcze, bo jestem z daleka.
Szewc odłożył księgę i powiedział że w niedziele nie pracuje. Człowieczek się zdziwił, bo kiedyś szewc pracował też w niedziele. Teraz szewc podniósł wzrok i poznał w gościu tego samego małego człowieczka sprzed roku. Ucieszył się z jego wizyty. Podziękował za radę. Obaj zeszli do piwnicy by zobaczyć czy jest tam jeszcze kozioł. I był, tylko że wychudzony i wyczerpany z głodu.
– Popatrz mistrzu – to dlatego że nie pracujesz w niedziele.
Dzięki karłowi szewc zrozumiał, że niedzielna praca nie poprawi jego bytu, a jedynie dogodzi nienasyconej pazerności diabła.

 

Minisłowniczek kaszubski

  • BIAŁKA – żona, rzadziej kobieta
  • BOT – łódź
  • CHECZ – chata, chałupa
  • JO – tak, potwierdzenie
  • PURTK – diabeł
  • SZTRĄD – brzeg morza, plaża